Rębak

Ta wiadomość zmartwiła wielu mieszkańców, nie tylko Ostrzeszowa. Oto po 50 latach rzemieślniczej pracy kończy swą działalność najpopularniejszy, zresztą jedyny w naszym mieście, szklarz - pan Jerzy Pilarczyk. Decyzja zapadła - kwiecień będzie ostatnim miesiącem, w którym klienci będą mogli jeszcze skorzystać z jego usług.

Nie żal Panu tak pozostawić wszystko - ten zakład przy Norweskiej i swoich wiernych klientów?
- Kiedyś trzeba zakończyć działalność, zrobić miejsce młodym - niech się wykażą. Przez 50 lat pracy przerzuciło się setki ton szkła i kręgosłup też to odczuwa. Bo szyba, wbrew pozorom, jest ciężka, taka o wymiarach metra kwadratowego i grubości 4 mm waży 10 kg.

Jakie były początki w zawodzie, skąd wzięła się ta „szklarska pasja”?
- To był przypadek. Mama chciała, żebym został fryzjerem, bo sama była fryzjerką. Ojciec był stolarzem, ale odradzał mi ten zawód. Kiedy chodziłem do ósmej klasy szkoły podstawowej, w budynku, w którym mieszkałem, robiono remont. Przychodzili różni fachowcy - malarze, hydraulicy, elektrycy… Przyszedł też stolarz, by wymieniać okno, pięknie je osadził, ale okno trzeba było zaszklić. Naprzeciwko, na narożniku ul. Sienkiewicza, zakład szklarski miał pan Janusz Ignor, wzięliśmy więc z ojcem skrzydło okienne i poszliśmy do niego. Zaciekawiła mnie ta praca. Coraz częściej bywałem gościem w jego zakładzie, zacząłem próbować swoich sił i to mnie wciągnęło. Kiedy pod koniec nauki w szkole podstawowej wychowawca spytał, kto do jakiej szkoły chciałby pójść, bez wahania odpowiedziałem, że zostanę szklarzem.
1 lipca 1969 r. rozpocząłem, właśnie u pana Ignora, naukę zawodu. Świadectwo czeladnicze dostałem w 1972 roku. Przez 10 lat, z przerwą na wojsko, pracowałem w zakładzie p. Ignora. On miał zakład szlifiersko-szklarski, było zatem co robić. Tam nauczyłem się robić lustra, co wcale nie jest takie łatwe, szkło jest to samo, ale trzeba je szlifować, metalizować srebrem. Na dodatek trzeba to było robić w pomieszczeniu o temp. 28 stopni. Przypuszczam, że mało który rzemieślnik podejmuje się robienia luster, ja również później z tego zrezygnowałem.

Po tych dziesięciu latach zdecydował się Pan otworzyć własny zakład?
- Zwolniło się miejsce szklarza w Wielobranżowej Spółdzielni Pracy na ul. Kaliskiej. Tam w 1982 roku przyjąłem się do pracy. Było trochę żal zostawić swego mistrza - świetnie się dogadywaliśmy i praca nam szybko ubywała. Chciałem jednak spróbować czegoś innego, a stan wojenny dodatkowo utrudniał życie rzemieślnikom - żeby móc kupić trochę szkła, trzeba było zgody komisarza.
W spółdzielni pracowałem osiem lat. W 1990 r., jeszcze na Kaliskiej, rozpocząłem działalność prywatną. Wreszcie, w 1996 roku, otwarłem zakład u p. Kucza, na ul. Norweskiej. Przeleciało to bardzo szybko, gdy się tak pomyśli, to aż trudno uwierzyć, że czas tak ucieka…

Co w tej pracy sprawia Panu największą przyjemność?
- Pewnie spotkania z klientami - każdy ma swoje wymogania, wizje. Lubię później widzieć zadowolenie w oczach ludzi, którzy przychodzą po odbiór zamówionych rzeczy. Kiedy biorą okno, lustro czy jakąś gablotę i nie kryją zadowolenia z tego, co udało mi się zrobić. To jest dla mnie satysfakcja i radość.

Zapewne zauważa Pan zmiany, jakie na przestrzeni lat zaszły w tym zawodzie?
- Branża szklarska bardzo się rozwinęła, są coraz nowocześniejsze narzędzia. Kiedyś prawie niczego nie było, nóż do kitowania zrobił mi ojciec, teraz można sobie wszystko wybrać z katalogu i dostarczą to do domu. Technika poszła tak do przodu, że nawet trudno porównywać. Dawniej, jadąc po szkło, trzeba było mieć młotek, gwoździe, deski, brechę… Teraz przywiozą, rozładują. A gatunków szkła jest masa - laminowane, kolorowe… Gdy zaczynałem, to gospodarz, któremu mieliśmy np. szklić okna w nowym domu, przyjeżdżał furmanką, zabierał szkło, a my na drugi dzień rowerami przyjeżdżaliśmy na budowę i szklili. W mieście zaś brało się szybę pod pachę i ruszało do klienta. Teraz jest dużo łatwiej, szkło wozi się samochodem.

Dlaczego więc szklarz zaczyna być wymierającym zawodem?
- Młodzi ludzie się boją, że poprzecinają sobie ręce, a szklarz nie może się bać szkła. Trzeba mieć oczy otwarte, przewidywać pewne sytuacje… Jasne, że wszystkiego nie da się uniknąć. Też nie przeszedłem bezboleśnie przez ten zawód - trzy razy „byłem szyty”. Raz, podczas wycinania koła wyskoczył szklany zadzior i rozciął mi twarz tuż pod okiem. Innym razem nieśliśmy taflę szkła, już słyszałem, że pęka, a kiedy ją kładliśmy, kawał szkła „uciął” mnie w plecy. Nie jest to lekkie i całkiem bezpieczne zajęcie, co pewnie wielu młodych ludzi zniechęca. Może też nie mają serca do tej pracy i koncepcji prowadzenia zakładu.

Największe tafle w Pana zakładzie?
- Największe mają 160x255 cm. Przez jakiś czas sprowadzałem też szyby o wym. 225x321 cm. Do przeniesienia takiej tafli potrzeba już czterech ludzi.

Szyby się ciągle tłuką, szklarze są potrzebni, a Pan jest jedynym w Ostrzeszowie. Co teraz?
- Z dyplomem mistrzowskim chyba pozostałem sam w powiecie. Wprawdzie wyuczyłem dwóch uczniów, lecz po skończeniu nauki zajęli się czym innym. Może coś im się w tym fachu nie spodobało, może znaleźli coś lepszego, lepiej płatnego. Byłbym bardzo zadowolony, gdyby znalazł się ktoś chętny do przejęcia tego zakładu. Byłoby to lepsze niż wyprzedaż poszczególnych maszyn. Nie chciałbym też zostawić klientów „na lodzie”, ale nie ma sensu ciągnąć coś w nieskończoność, bo i zdrowie daje o sobie znać. Kiedyś przecież trzeba odpocząć.

Więc jak będzie wyglądał ten odpoczynek?
- Doczekałem kolejnego wnuka, ma pół roczku, więc niebawem będzie z kim chodzić na spacery. Moją pasją jest także działka, a na działeczce zawsze jest coś do roboty. O innych formach odpoczynku pomyślę, gdy już będę emerytem.

Wielu ostrzeszowian zna też Pana z działalności w OSP.
- Strażakiem też jestem blisko 50 lat - od 1970 roku. Pełniłem tam różne funkcje - naczelnika, gospodarza, a nawet krótko (w zastępstwie) prezesa.

Wszystkim, z którymi przez ten czas pracowałem, dziękuję za współpracę. Dziękuję klientom, którzy przez tyle lat darzyli mnie zaufaniem i korzystali z moich usług, a tych, których zawiodłem i wyszli niezadowoleni - przepraszam.
Ja zaś, w imieniu ostrzeszowian korzystających z Pańskiej pracy - dziękuję i życzę zdrowia oraz wiele radości na zasłużonej emeryturze.

K. Juszczak