Każdemu z nas, prędzej czy później, przychodzi zmierzyć się z czymś najtrudniejszym, ostatecznym, ze śmiercią bliskiej osoby. Choć wtedy naszego bólu nic nie jest w stanie ukoić, to przecież oczekujemy odrobiny empatii, zrozumienia, serca…

Przypadek, o którym opowiada pani Katarzyna, mieszkanka Kaliszkowic Ołobockich, ukazuje smutną prawdę, że niekiedy tej empatii brakuje i to również osobom, u których zrozumienie i współczucie powinny wynikać z powołania i zawodowej etyki.

- To był piątek, 15 lutego, mogło być już po godz. 21 - wspomina mieszkanka Kaliszkowic. - Sąsiad - samotny człowiek, którym często się opiekowałam, zaczął nagle dławić się i wymiotować krwią. Na nic się nie oglądając, wezwałam pogotowie. Przyjechali w miarę szybko i zabrali pana Zbyszka do szpitala w Ostrzeszowie. Pojechałam za nimi, by zawieźć mu rzeczy i jakieś drobiazgi.

Gdy dotarłam do szpitala, leżał już na sali intensywnej terapii, na oddziale chirurgicznym. Został podłączony do kroplówki. Nie zauważyłam jakiegoś wzmożonego zainteresowania się tym pacjentem, zdążyłam za to usłyszeć, że jest brudny i śmierdzi. No cóż, był pobrudzony od krwi, może i był trochę zaniedbany, lecz przecież w tym momencie nie powinno to mieć znaczenia dla pielęgniarki. Stanem zdrowia pacjenta jakby mniej się przejęła - podłączyła kroplówkę, zgasiła światło i poszła. Przebywałam w różnych szpitalach i wiem, że na sali intensywnej terapii stale jest jakaś pielęgniarka. Obserwowałam to wszystko z korytarza. Widząc, że żadne badania nie są robione, weszłam, by przez chwilę porozmawiać z sąsiadem. Na pytanie, jak się czuje - powiedział, że boli go brzuch i bardzo chce mu się pić. Pożegnałam się z p. Zbigniewem i udałam się do dyżurki lekarskiej, by dowiedzieć się, co jest znajomemu. Lekarz niechętnie odburknął, że nic nie wie, że trzeba czekać na wyniki badań. Po prostu mnie zbył. Miał prawo wszystkiego jeszcze nie wiedzieć, lecz mógł bardziej życzliwie o tym poinformować, może coś dodać, wyjaśnić. Poprosiłam pielęgniarkę, by w razie potrzeby dali mi znać. Zapewniła, że tak, tylko jakoś dziwnie nikt nawet nie zająknął się, by spytać o mój adres lub telefon. Nikogo też nie interesowało, czy to mój ojciec, dziadek, czy znajomy… Niemal „wymusiłam” zanotowanie mojego numeru telefonu. Okazało się, że był potrzebny.

Telefon z wiadomością, że pan Zbyszek nie żyje, zadzwonił z samego rana,. Zrobiło mi się bardzo smutno. Natychmiast ogarnęłam się i pojechałam do Ostrzeszowa. Miałam szczęście, a może nieszczęście, spotkać tego samego lekarza co wieczorem. Zapukałam do pokoju lekarskiego i powiedziałam, w jakiej przyszłam sprawie. Usłyszałam, że dokumenty są w dyżurce pielęgniarskiej. Zamknął drzwi. I to był cały komunikat. Zmarły człowiek został potraktowany jak pesel w dowodzie. Żadnych wyjaśnień, wyrazów współczucia, jakby nic się nie stało - umarł, to umarł.

Na karcie zgonu było napisane: Niewydolność krążeniowo-oddechowa, zatrzymanie akcji serca… Wieczorem wyglądało to bardziej na jakieś wrzody na żołądku niż na kłopoty z sercem. Broń Boże, nie sugeruję złej diagnozy czy niewłaściwego leczenia. Zakładam, że wszystko było jak należy i żadnych pretensji nie mam. Mam tylko żal, że jeśli lekarz wiedział lub chociaż przypuszczał, że w najbliższych godzinach może nastąpić zgon, mógł o tym powiedzieć. Przecież zostałabym z panem Zbyszkiem do końca. Mam wyrzuty, że tego nie uczyniłam, że w ostatnich chwilach był sam…

Życie go skrzywdziło, więc chociaż po śmierci zasługiwał na okazanie mu szacunku.

Też kiedyś znalazłam się na zakręcie, złamałam kręgosłup i na jakiś czas zostałam przykuta do wózka inwalidzkiego. Ponieważ jestem osobą młodą i „kontaktową”, mam mnóstwo znajomych, w szpitalu odwiedzało mnie wiele osób. Gdy pewnego dnia w sali szpitalnej zobaczyłam pana Zbyszka, który przyjechał do mnie, popłakałam się ze wzruszenia. Wiem, że wiele go to kosztowało. Przecież właściwie nie ruszał się z Kaliszkowic, a teraz musiał się jakoś ubrać, wsiąść w autobus, poszukać szpitala, w którym leżałam… To były dla mnie najpiękniejsze ze wszystkich odwiedzin.  

Kilka dni później znów udałam się do szpitala po akt zgonu. Miałam okazję rozmawiać z ordynatorem oddziału. Poprosił dyżurnego lekarza, tego samego, który przedtem tak obcesowo się ze mną obszedł. Tym razem znalazł dla mnie czas, choć przypuszczam, że przez interwencję ordynatora.

Można by machnąć na wszystko ręką, ale trudno mi zapomnieć, jak zostałam potraktowana, gdy przyjechałam „odebrać ciało”. W takich sytuacjach każdy, nie tylko lekarz, stara się okazać trochę zrozumienia, empatii. Tu najwyraźniej tego zabrakło - ze smutkiem pani Katarzyna kończy tę opowieść.

*

Poświęcić swój „cenny” czas ludziom, którzy muszą zmierzyć się ze śmiercią bliskiej osoby to jedna z powinności lekarzy i pielęgniarek. W tym przypadku, niestety, wszyscy okazali się nad wyraz zajęci. Nikt się nie spytał, kim jest ten samotny chory, kogo powiadomić…

Gdyby nie wrażliwość młodej osoby, pewnie pana Zbigniewa pochowałaby opieka społeczna…

K. Juszczak