Czas Ostrzeszowski

  »  Strona główna


  »  Archiwalne numery
  »  Ogłoszenia drobne
  »  Reklama
  »  Prenumerata elektroniczna

statystyka

R    E    K    L    A    M    A



Numer 12/2007 - Czas Ostrzeszowski - Regionalny Tygodnik Informacyjny
Wywiad z Zenonem Laskowikiem: Mój śmiech to mój płacz wewnętrzny

    W PRL-u stał się legendą. Teraz wrócił w wielkim stylu, co udowodnił podczas niedawnej wizyty w Ostrzeszowie. O kabarecie "Tey", powrocie na scenie po kilkunastu latach przerwy i byciu listonoszem rozmawiamy z Zenonem Laskowikiem.


    Na początek pytanie o wrażenia po zakończonym przed chwilą spektaklu.
    Z naszej strony uważam, że mogłoby być lepiej, ale zaangażowanie ostrzeszowskiej publiczności było wspaniałe. Wiele osób przyszło z pewną ciekawością, myśleli - Laskowik już nie ten, nie ta ekipa, pewnie zagrają dla kasy dwa, trzy stare numery... Jeśli udało nam się przez takie myślenie przeskoczyć, to jestem cały happy.
    Może wspomnielibyśmy poprzedni Pana występ w Ostrzeszowie.
    To było ponad 20 lat temu, ale nie tutaj (w kinoteatrze "Piast", przyp. red.). Byliśmy w jakiejś zawodowej szkole.
    Oba te występy z pewnością diametralnie się różnią.
    Oczywiście, to jest jasne. Po pierwsze, byliśmy wówczas w zupełnie innych okolicznościach, innej codzienności. Teraz też jesteśmy w innych. Często pada pytanie, czy lepiej było wtedy robić kabaret, czy teraz. Zawsze odpowiadam, że kabaret robi się wtedy, kiedy jest fajny pomysł. Kiedy podpatrzy się naszą bieżącą rzeczywistość i jej podotyka, to widownia jest czujna i śmiechem odreagowuje stres. Wszyscy wiemy, o co chodzi.
    Dla takiej reakcji publiczności, jaką dzisiaj widzieliśmy, warto było na pewno wrócić na estradę.
    Pewnie. Uważałem, że jeżeli nie będzie pomysłu, to nie wrócimy. Musiałem być uczciwy wobec samego siebie. Zadałem sobie kilka pytań, stwierdziłem, że jeśli sam sobie na nie odpowiem, poprę to czynem i się uda, to będzie fajny spektakl. Nie wiedziałem tylko, czy starczy odwagi, żeby to zrobić.
    Jaki był ten powrót po kilkunastu latach? Czy łatwo było znaleźć ludzi popierających Pańskie idee i chcących je wspierać?
    To było klasyczne ryzyko - albo, albo. Pierwsza trudna decyzja polegała na zejściu ze sceny, posłuchaniu swego wnętrza. Nadchodziła zmiana, trzeba zejść, dojść do siebie, odnaleźć siebie jeszcze raz, usiąść, pomyśleć, co warto, a czego nie warto, zrobić swój własny moralny obrachunek i dopiero potem zacząć się spotykać z innymi, którzy nadają na podobnych falach. Nie udało nam się jeszcze w Poznaniu znaleźć stałego miejsca, nie mamy swojego teatrzyku, a dopiero wtedy ma się widownię, to zaś inspiruje do tworzenia nowych programów. W tej chwili mamy dwa programy: "Niespodziewane powroty, czyli..." i "O'pyra za trzy grosze plus VAT", ale nie mamy gdzie tego wystawiać. Jesteśmy ciągle takimi wędrownikami, pielgrzymami artystycznymi. Może teraz do władz Poznania coś dotrze i wystarają nam się o coś, poprą nas. A może nie trzeba, może faktycznie walczymy z materią, która jest przeznaczona dla komercji.
    Mówi Pan "walczymy". Czy rzeczywiście tak trudno jest się przebić?
    Są propozycje z mediów, ale nie chodzi w nich o sztukę kabaretową, tylko o nazwisko i pokazanie "czy pan w rękawicy bokserskiej potrafi wypić kawę".


    W dobie, kiedy wszystko dzieje się szybko, trudno byłoby znaleźć w telewizji miejsce dla widowiska trwającego ponad 2 godziny.
    To jest raz, a poza tym telewizja wszystkiego by nie puściła. Mówi się, że nie ma cenzury. Ona jest, tylko inaczej się nazywa. Wolimy być sami dla siebie z publicznością, w swoim świecie kabaretowym. Wiadomo, że jutro czy pojutrze ludzie spotkają się w pracy, wymienią swoje poglądy, część na pewno trafi na stronę internetową, napiszą coś fajnego. My tym żyjemy i to są dla nas cholernie fajne zastrzyki energetyczne i emocjonalne, które nas trzymają razem w tej naszej komunie kabaretowej.
    Jak się Pan czuje jako żywa legenda polskiego kabaretu?
    Próbuję ją obronić. Stało się to faktem, trafiłem do świadomości widzów. Cieszę się, że po latach jeszcze pewne rzeczy są do oglądania, że nie czuć ich aż tak przeszłością, że młode pokolenie próbuje mieć z nami kontakt, że jest budowany pomost pokoleniowy. Inżynier może sobie zbudować pomost z kamienia, ale sztuką jest zbudować pomost emocjonalny. Jak to się udaje, to próbuję bronić legendy. To tak jak w sporcie. Strzelić bramkę każdemu się zdarza, ale dowieźć do końca zwycięstwo... I na tym etapie jestem. Nie wiem, jak to będzie dalej funkcjonowało. W każdym razie, jeśli się to uda, to już można umierać.
    Kabaret "Tey" to temat rzeka, na który można rozmawiać godzinami. Jak doszło do jego powstania?
    Kabaret "Tey" tworzyło, jak policzyliśmy, ponad 150 osób. Już na studiach nie podobało mi się, że w propagandzie co innego, a w rzeczywistości co innego, to zakłamanie, rozdwojenie. Kiedy zorientowaliśmy się, że jest podział na partyjnych i niepartyjnych, stwierdziłem, że trzeba podjąć decyzję - albo chowamy dyplomy i się wygłupiamy, robimy sobie jaja, albo zapisujemy się do partii i realizujemy się jak wszyscy z dyplomem. Wybraliśmy to pierwsze. Pół litra na stół i zaczęliśmy robić pierwsze numery już na studiach. Nie pasowało mi to zakłamywanie rzeczywistości, ona już była kabaretowa. Jeśli ktoś chciał powiedzieć coś od siebie, to nagle pojawiały się represje, nagle znikał. Nauczyliśmy się stosować eufemizmy, przerzucać pewne tematy ponad pierwszymi rzędami, zajętymi przez władzę. Publiczność przyszła raz, drugi, trzeci, wieść zaczęła się rozchodzić po mieście. Siedzibę mieliśmy w jakimś starym magazynie, gdzie w tej chwili jest sławna scena "Na piętrze". To my ją odkryliśmy. Z tego, co wiem, wynika, że na początku władza nas zignorowała. Myśleli, że zacne poznańskie towarzystwo nie będzie wchodzić wieczorem do jakichś zaułków, że tam nikt nie przyjdzie. A tymczasem się rozpaliło i trudno było to zatrzymać. Zaczęli więc nas wyrzucać. Udało im się w 1984r. Świętej pamięci towarzysz "Szydlok" nas wygonił i rozpoczęta wtedy wędrówka trwa właściwie do dzisiaj.
    Były próby reaktywowania kabaretu "Tey" po roku 1990?
    Nie. Każdy zaczął już realizować swoje ambicje, a ja nie chciałem odcinać kuponów, tylko wpaść na pomysł, siedzieć nad strumieniem świadomości i złowić tę złotą rybkę. Trzeba było czekać, czekać, czekać i przyjechać z czymś takim, bo dzięki temu człowiek czuje się świetnie psychicznie. Dzisiejszy koncert dał nam dużo do myślenia.
    Nie denerwuje Pana to, że telewizja ciągle wraca do "Tey'a", a kompletnie pomija obecne dokonania?
    Na pewno czujemy się trochę marginalizowani, ale dopóki publiczność jest z nami, nie zależy nam na decydentach. Ja już to przeżyłem. Kiedy widownia fajnie się bawi, wtedy ta marginalizacja jeszcze bardziej nas uwiarygadnia. Nie ma myślenia, że zbijamy kokosy. Telewizja tłumaczy to w ten sposób - oglądalność powtórek jest powyżej 3,5%, więc jesteśmy zobowiązani telewidzom je dawać. Jeżeli tam faktycznie są pewne ponadczasowe rzeczy, to czemu nie.
    Ale taka polityka może prowadzić do wrażenia, że wszystko, co najlepsze, zrobił Pan w latach 80.
    Nie wiem, czy są takie intencje, aby nas zmarginalizować i skasować, ale myślę, że publiczność rozpowie o tym, co teraz robimy. Najważniejsze, że odbieramy sygnały - chcą nas w Ostrzeszowie, chcą nas w Jarocinie. Wszędzie jak na razie jest fajny kontakt z publicznością. Znowu się rozumiemy, rozmawiamy jak Polak z Polakiem. Pokazujemy inny świat, nasz świat, który był, jest i będzie, bez względu na zmianę ustroju w jedną czy drugą stronę. Najważniejszy jest człowiek. Jedyny prawdziwy punkt odniesienia to zgon, moment, kiedy trzeba odejść z tego świata.


    Jakie ma Pan odczucia obserwując młode, polskie kabarety?
    To są koledzy, którzy jadą na tym samym wózku, co ja. Dopóki mają swoją widownię, to znaczy, że są dobrzy. Jeśli ci młodzi ludzie mają coś do powiedzenia, coś potrafią, są zbuntowani, niech to robią. Decyduje widz. Kiedy raz się sparzy, drugi raz nie przyjdzie. Dopóki mają widownię, której im życzę, to niech grają. Śmiech jest potrzebny, bo rozum ludzki najpiękniej się w ten sposób wyraża.
    No właśnie, z czego Pan się teraz najczęściej śmieje?
    Ja w środku płaczę. Mój śmiech to jest mój płacz wewnętrzny. Wnętrze płacze uśmiechem dla widza. Czy jest na świecie człowiek, który by śmiał się śmiechem? Nie można śmiać się śmiechem, można śmiać się płaczem wewnętrznym. Wierzę w moc oczyszczenia śmiechem.
    Co Pan uważa za najważniejsze wydarzenie w swojej karierze zawodowej?
    Kiedy w tamtych czasach zdobyliśmy "Złotą Szpilkę", najważniejszą nagrodę na ówczesnych festiwalach w Polsce. To był nasz Olimp. Drugi sukces polegał na tym, że w pewnym momencie potrafiłem zejść ze sceny, nie wybrać drogi odcinania kuponów.
    Jak Pan wspomina okres bycia listonoszem? Czy była to tylko praca, czy może coś więcej?
    W moim pojęciu po raz pierwszy próbowałem pełnić służbę, w mundurze, pod godłem. Wyszedł wtedy cały mój idealizm. Pełnić służbę i być dla adresata, nie adresat dla mnie. Nasłuchałem się od obywateli różnych rzeczy. Teraz wiem, co to znaczy pełnić służbę, to jest bardzo trudna sprawa. Listy nosić każdy głupi potrafi, ale pełnić służbę, to już jest wyższa szkoła jazdy. Trzeba znać prawo, odpuszczać adresatowi tam, gdzie ma rację, a nie odpuszczać, gdzie jej nie ma. Cały czas taka walka. Świetnie wspominam ten okres. Jeśli istnieje raj na ziemi, to na takim rejonie, gdzie ma się zaufanie adresatów. Tylko, że potem przenoszą, nie ma stabilizacji i to mnie trochę denerwowało.


    Czym jeszcze zaskoczy Pan nas - fanów?
    Nie wiem. Na pewno musi to być znowu coś z pomysłem. Nie chcę niczego wyprzedzać. W sztuce nie można planować.

Łukasz Śmiatacz



© 2003 - 2017 Czas Ostrzeszowski ®