Czas Ostrzeszowski

  » Czas Ostrzeszowski\2005 rok\Numer 34


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





L i s t y

    Coraz częściej na łamach "Czasu Ostrzeszowskiego" promuje się Bałczynę, zachęca do sportów zimowych.
    Ciekawa jest przyszłość Bałczyny według młodzieży, w sondzie "Czasu" można zapoznać się z pomysłami na zagospodarowanie Bałczyny.
    Jestem tylko ciekawa, czy wiadomo wszystkim, że Bałczyna jest terenem prywatnym, a właścicieli jest aż kilku. Każde wejście na tę górę jest naruszeniem prawa własności.
    W krajach zachodnich co krok spotyka się tabliczki z napisami: teren prywatny, ścieżka czy droga prywatna lub przejście na własne ryzyko.
    Może najwyższa pora postawić taką informację na tej górze, bo jakoś nikogo nie obchodzi, że to teren prywatny.
    Do mnie i do mojego męża należy działka równoległa do lasu, zwłaszcza zimą służąca miłośnikom białego szaleństwa.
    Sąsiednia działka jest za to w rękach Skarbu Państwa, co roku coraz bardziej zarastają ją krzaki, może jednak warto byłoby je usunąć, bo to jest wiele bardziej realne i najtańsze, a wówczas naruszenia byłyby mniejsze. Jest jeszcze jedno "ale", aby dotrzeć do tej działki, trzeba również przejść przez teren prywatny, nie mówiąc już o parkowaniu na prywatnych gruntach.
    W każdym razie proszę się nie dziwić, jeśli my swoją własność zagrodzimy, bo nie nosimy się z zamiarem sprzedaży.
    Mieszkamy u podnóża Bałczyny, wiele czasu wolnego spędziłam na tej górze, kiedyś znajdowała się tutaj drewniana wieża, z której rozlegała się wspaniała panorama, tutaj powstawały moje pierwsze prace malarskie, a moja matka pisała wiersze chwalące piękno tych okolic. Tutaj u podnóża Bałczyny mieszkali moi przodkowie, od strony południowej ze strony matki, od północnej ze strony ojca. Wszystkie wspomnienia wiązały się przeważnie z tą górą.
    Mój mąż, współwłaściciel tej działki, jest obywatelem słowackim, mimo że wychował się u stóp Małych Karpat, to również pokochał tę górę.
    Zawsze marzyłam, że powstanie tutaj ośrodek turystyczny i może w nim dostanę pracę, może pod kątem tej góry zdobyłam wykształcenie turystyczno - hotelarskie. Ponieważ snuto tylko projekty, w latach 90- tych postanowiliśmy uruchomić własną inicjatywę - mając dom u podnóża Bałczyny, moglibyśmy wynajmować pokoje gościnne, a na Bałczynie założyć wyciąg narciarski, mieliśmy możliwość zakupu takiego, a i osobę chcąca zainwestować.
    Obydwoje z mężem pracowaliśmy, ponadto prowadziłam dodatkowo firmę reklamową.
    Niestety, na przeszkodzie stanęli ostrzeszowscy urzędnicy, nie dość, że stwierdzili, że ta działka nadaje się tylko na zalesienie i nie może być pobudowany żaden wyciąg, to postanowili jeszcze pozbawić nas drogi do nieruchomości, co jest równoznaczne z odcięciem nam dostępu na Bałczynę i prowadzeniem jakiejkolwiek działalności.
    Jeszcze niedawno mogliśmy z okien naszego domu podziwiać piękną panoramę Wzgórz Ostrzeszowskich, niestety złośliwość ludzka nie zna granic, na dzień dzisiejszy przed frontem naszego domu rozpościera się baza maszynowa sąsiedniego gospodarstwa, zaplecze gospodarcze, usypisko piasku i żużlu. Kiedyś droga dzieliła obydwie nieruchomości, ale sąsiedzi przewrócili nam ogrodzenie frontowe i na miejscu tym postawili szpecące nasze obejście opłotowanie. No cóż, wystarczy mieć znajomości w Gminie, a jest się bezkarnym, przecież mieszkamy na terenie chronionym krajobrazowo, ktoś musi chronić ten bałagan. Z-ca burmistrza wystosował stronnicze pismo, w którym pisze, że to myśmy pobudowali dom na zapleczu gospodarczym sąsiada, co jest absolutną bzdurą, chyba że czas w Ostrzeszowie biegnie odwrotnie. Bo bezpośrednio na zapleczu gospodarczym znalazł się dom moich rodziców, wybudowany jeszcze w 1904 roku.
    Sąsiednie gospodarstwo zostało zakupione przez państwo I. w 1962 roku, a zamieszkano tutaj od 1968 roku, w latach 70- tych praktycznie od podstaw powstało całe nowe gospodarstwo, budynki pobudowano wg widzimisię. Przy zakupie rodzina ta nie kwestionowała granic pomiędzy nami. Na jakiej podstawie więc syn ich miał prawo zlecać wytyczenie granic z roku 1904, skoro wówczas obydwa gospodarstwa tworzyły całość. Było to gospodarstwo o pow. 2.66.00 ha i należało do moich przodków. Obecnie w księgach wieczystych figurują dwie działki każda o pow. 1.39.00 ha.
    W każdym razie z-ca burmistrza twierdzi, że takiego pisma nie wystosował, być może ktoś mu podłożył do podpisu, bo przecież władze są tak zajęte, że nie mają czasu pisać ani czytać, co podpisują.
    Naprawdę wiele pomysłowości wykazały służby geodezyjne, a wręcz można powiedzieć, że są cudotwórcami. Udało im się znaleźć kamienie graniczne tam, gdzie ich być nie powinno, nie mówiąc o tym, że ze znajomością mierzenia i liczenia mają problemy; podejrzewam za to, że z braniem korzyści nie mają problemu.
    Artykuł "Czyja droga" ukazał w pełni przekręty osób biorących udział w tej sprawie, a wypowiedzi osób są dowodem na naruszanie prawa własności.
    Główny Geodeta Powiatu twierdzi, że jest niemożliwością, aby tak doświadczony geodeta jak J. M. wytyczył granice niezgodne z danymi z 1904 roku, niestety granice z 1904 roku do obecnych mają się jak pięść do nosa. To może pan S. D. spróbuje podzielić działkę o pow. 2,66,00 na dwie o pow. 1,39,00 ha, bo takie są zapisane w księgach wieczystych. Ponadto prokuratura pisze, że ustalono granice w oparciu o dane z 1904 roku, we wskazanych miejscach odnaleziono kamienie polne z rurką drenarską pod spodem, tylko że wówczas żadnego podziału nie było. Ponadto pan S. D. pisze, że ja ani sąsiad nie wiedzieliśmy, że działka w 1907 roku została pomniejszona o 496 m2, tylko dlaczego ze wszystkich dokumentów wynika, że działka ta powiększyła się do 2,77,00 ha.
    Mam zagadkę dla matematyków - czy działka o pow. 2.66.00 ha pomniejszona o 496 m2, daje dwie działki o pow. 1.39.00 ha, bo być może nie umiem liczyć.


    W sumie nie chodziło tutaj o jakąś drogę, tylko o przejęcie całości, bo jak się niedawno okazało, to czyjaś nieuczciwa ręka dopisała naszą działkę do działki sąsiada.
    Główny Geodeta Powiatu wypowiada się w "Czasie Ostrzeszowskim", że Sąd Rejonowy w Ostrzeszowie prowadził postępowanie sądowe bezpodstawnie.
    Tutaj można przyznać mu rację. Tylko do czego był powołany biegły sądowy, do brania pieniędzy, bo przecież wcale nie pojawił się na działce. Przepisy kodeksu cywilnego można pomiędzy bajki włożyć, tak twierdzi znany adwokat.
    Proszę sobie wyobrazić, w jakim interesie może się pan E.I. zwracać do Sądu o zamknięcie mi przejazdu i przechodu, skoro nawet w świetle spreparowanych i sfałszowanych map nie jest właścicielem tego dojazdu. Szantaż czy zniszczenie nas finansowo, aby szybciej przejąć naszą nieruchomość?
    Za to prokuratura pisze, że źródłem konfliktu jest wspólna droga dojazdowa, jakoś nie zauważyli, że sąsiednie gospodarstwo przylega do drogi publicznej. Prokuratura twierdzi, że podpisy pod protokołem granicznym są bez wątpienia naszymi autentycznymi, chociaż nikt tego nie stwierdzał, chociaż i bez grafologa można stwierdzić, że ktoś je fałszował. Ponadto prokuratura badała sprawę zza biurka, nie racząc się zainteresować posiadanymi przez nas dokumentami, nigdy nie raczyła zapoznać się ze stanowiskiem mojej matki, poprzedniej nieżyjącej już właścicielki. Ciekawe, kogo tak chroni?
    A swoją drogą to, prawo pozwala po 150 latach pozbawić nas drogi dojazdowej? Przeczytałam kodeks cywilny i jakoś nie znalazłam nic na ten temat.
    Zdaniem radnego Zygmunta O. najlepiej problem rozwiązać granatami. Myślałam, że mieszkamy w państwie demokratycznym, a nie terrorystycznym.
    Radny też twierdzi, że dwa dodać dwa jest pięć.
    Ostrzeszów był i jest miastem bezprawia, przyznaję rację panu B. Szymańskiemu, który wypowiadał się już na ten temat na łamach "Czasu Ostrzeszowskiego".
    No cóż, miasto i jego władze nie szanują własności, łamane są zasady współżycia społecznego, fałszerstwa, gubienie dokumentów w urzędach, jakie można mieć zdanie o sądach, które kłamią, wprowadzają w błąd. Jakie można mieć zdanie o pośle, do którego zwracałam się kilkakrotnie, który odrzucił interpelację jednego z radnych, aby rzetelnie wytyczyć granice naszej działki, mówiąc, że nie będzie się mieszał w sprawy rodzinne, chociaż sąsiedzi są obcymi ludźmi.
    Przecież tak ważna osoba jak poseł nie będzie łamała sobie głowy problemami innych ludzi, najważniejsze, że do poselskiego obejścia wybudowano szosę.
    Gdyby urzędnicy rzetelnie wykonywali pracę, zapewne byłoby mniej konfliktów. Znam dokładnie granice naszej nieruchomości, kto geodetom kazał je zmieniać, preparować nowe mapy i wnioski, fałszować protokoły?
    Obcięto nam sporą część działki, mierzyć umiemy, w zamian proponuje nam się drogę konieczną, za którą mielibyśmy płacić i dać święty spokój skorumpowanym urzędnikom.
    Nasza działka jest również wizytówką gminy i bezprawia panującego w tej gminie, pogoda jest tutaj tylko dla bogaczy. Gdybym zapłaciła, tobym sprawę wygrała, takie padło zdanie.
    Jaki bałagan panuje w Ostrzeszowie, skoro giną wszystkie dokumenty związane z tą sprawą, giną, aperaty pomiarowe, dokumenty miernicze.
    Okazuje się również, że naruszane jest prawo o danych osobowych, któremu podlegają zasoby geodezyjne, okazuje się, że obca osoba mogła pobrać mapy naszej nieruchomości, dokonać na nich poprawek i założyć sprawę sądową.
    Giną dokumenty w Wydziale Ksiąg Wieczystych, w Prokuraturze.
    Po wojnie moja babcia została pozbawiona 20 ha gospodarstwa znajdującego się po północnej stronie Bałczyny, mój ojciec, jego rodzeństwo zostało bez dachu nad głową, pozbawieni wielopokoleniowego dobytku. W 1950 roku, ledwo moja matka przeprowadziła postępowanie spadkowe, UB w Kępnie wydało wyrok pozbawiający nas obecnej nieruchomości.
     Roszczenia UB okazały się bezpodstawne, ale wygrana nie oznaczała wygranej. Moja matka została pozbawiona możliwości pracy jako nauczycielka, inwigilacja, szykany to był chleb powszedni. Myślałam, że wraz z demokracją przyjdzie wolność, ale demokracja nic nie zmieniła - nie zabrano gospodarstwa, ale pozbawiono dojazdu, nigdy nie mogłam pracować w wyuczonym zawodzie, pozbawiono pracy, musiałam zamknąć też firmę i powędrować za chlebem.
    Dalej jesteśmy pod obserwacją, pozbawiono nas konstytucyjnych praw.
    Doznaliśmy wielu krzywd i dlatego proszę się nie dziwić, że mamy zamiar zagrodzić dostęp do naszej działki na Bałczynie. A wszystkim tym, którzy odwiedzają Bałczynę, dedykuję to zdjęcie.
    Na razie zamiast hotelu czy wyciągu, władze wolą pozbawiać mieszkańców dostępu do ich domów, a zdjęcie to już jest znane w paru krajach Unii Europejskiej. Bezpodstawnie zwolniono mnie z pracy, bezpodstawnie pozbawiono drogi do domu, czegoż to jeszcze się możemy spodziewać, a może wywłaszczenia.
    Ja i mój mąż - właściciele jednej z działek na Bałczynie, mamy pytanie: kto zapłaci nam za zniszczone zboże, za zniszczoną łąkę, na której bezprawnie jeździ się nawet samochodami?
    Chyba to jakaś kpina - odcina się nam dojazd do domu, natomiast na naszej prywatnej działce na Bałczynie istnieje droga na szczyt góry.
    Zanim postawimy tablice z napisami: teren prywatny. prosimy wszystkich o nieniszczenie i nienaruszanie cudzej własności.

Mirosława Fazekas


1994 - 2007 © Borkow

./stat.4u.pl/cgi-bin/s.cgi-i=czasostrzeszowski&r=ns.gif" tppabs="http://stat.4u.pl/cgi-bin/s.cgi?i=czasostrzeszowski&r=ns" width="1" height="1">