Czas Ostrzeszowski

  » Czas Ostrzeszowski\2005 rok\Numer 33


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





Spór o czarownice

    Od wielu już lat trwa spór o to, czy w XVIII wieku, we wsi Doruchów, w dawnej ziemi wieluńskiej (dziś województwo wielkopolskie), spalono 14 kobiet posądzonych o "czary". Ostatnio historycy uważają, że było to wydarzenia autentyczne, ale ofiar było mniej. W opisach tego wydarzenia jest wszakże wiele znaków zapytania, na które próbują odpowiedzieć wybitni uczeni.
    W 1835 roku w wychodzącym w Lesznie tygodniku "Przyjaciel Ludu" opublikowano szokujący tekst, którego autor podpisany "X.A.R." ( to "X" mogło oznaczać ksiądz) twierdził, że kiedy miał osiem lat, oglądał torturowanie i spalenie "czarownic" w Doruchowie. Jego wuj był w tej wsi proboszczem.
    Jeden z trzech dziedziców Doruchowa nazywał się Stokowski. Jego żona, z domu Rejczyńska, była osobą chorobliwą i na dodatek przesądną. Wszystkim naokoło rozpowiadała, że prześladują ją wiedźmy.
    - Kiedyś - mówiła - w swym puzderku zamiast klejnotów gnój znalazłam. Ani chybi, że to sprawka czarownic.
    Stokowska twierdziła też, że "wiosną 1775 roku, jadąc na rezurekcję, ujrzała dziewięć bab ze wsi masło śród lasu robiących". Miał to być - jej zdaniem - poczęstunek dla diabła. Pewnego razu dziedziczka zachorowała. Rozbolał ją palec, a na głowie zrobił się kołtun. Z Kępna przywieziono felczera. Ten jednak nie potrafił pomóc. Mąż Stokowskiej wezwał więc znachorkę z pobliskiej wsi. Znachorka, ledwie przekroczyła progi dworu, powiedziała: "Cioty dziedziczce kołtuna zadały, a Dobra najpierwej". Dobra była żoną Kazimierza. Tworzyli zgodną rodzinę i całkiem nieźle im się wiodło. Kobiety ze wsi plotkowały więc, że to dzięki temu, iż z diabłem się zadaje. A że dziedziczka często kupowała od Dobrej gruszki, to zgodnie stwierdzono, że za którymś razem zadała jej kołtuna.
    Zaraz też Dobrą uwięziono. W nocy słudzy dziedzica zatrzymali "pięć cór gospodarskich, jedną wdowę i jedną służącą dziewczynę" Oprócz Dobrej, były to między innymi: wdowa, której zmarła 12-letnia córka. Posądzono ją, że "czary córce zadała". Wszystkim kobietom zarzucano, że w każdy czwartek zbierały się przy wielkim kamieniu między Doruchowem a Przytocznicą, nazwanym Łysą Górą i odbywały sabaty czarownic. Oskarżono je także i o to, że ściągały na ludzi choroby, ulewy w czasie żniw, a zatrzymywały deszcze, gdy na polach wschodziło zboże bądź kartofle.
    Miejscowy proboszcz, choć też wierzył w czary i diabły, poszedł do dziedzica, aby go odwieść od karania kobiet. Nadaremno.
    Najpierw wszystkie kobiety pławiono. Z mostu nad stawem czterech mężczyzn opuszczało każdą na założonym pod pachy powrozie do wody. Dziedzic, siedząc na koniu, przyglądał się "próbie wody" i wołał -" Nie tonie - czarownica!". Było to równoznaczne z wyrokiem śmierci.
    Kobiety uwięziono w spichlerzu. Były trzymane w beczkach do kiszenia kapusty; w ich ścianach wycięto otwory. Kobieta, osadzona w beczce, miała ręce i nogi z tyłu związane, które tym otworem zewnątrz kołkiem drewnianym zatknięte były tak, że ani stać, ani siedzieć nie mogąc przez cały czas, aż do okropnej egzekucji klęczeć musiała. Z pobliskich wsi przywieziono w beczkach jeszcze siedem innych kobiet, oskarżonych o czary. Razem - twierdził autor z "Przyjaciela Ludu" - czternaście.
    Dziedzic Stokowski kazał ustawić potężny stos z sosnowych bali, przekładanych warstwami słomy. Wuj narratora widząc, co się święci, pojechał do Warszawy "aby u króla wyjednać ułaskawienie". Dowiedziawszy się o tym, dziedzic Stokowski przyspieszył przygotowania. - Kiedy już stos był wystawiony, sprowadził dziedzic dwóch katów, trzech sędziów z Grabowa i trzech księży zakonników, dla dysponowania skazanych na śmierć - wspominał autor z "Przyjaciela Ludu". Twierdził, że ukrył się w domu podstarościego, gdzie torturowano "czarownice" za pomocą urządzenia składającego się z powrozów, walca, koła i zębatej, metalowej sztangi przypominającej grabie. Sędziowie "posilili się gorzałką" i pomocnicy kata przyprowadzili kolejno "czarownice". Obnażano je i przywiązywano do machiny torturującej. Kat zawołał na oprawców na górze: "Ciągnij koło". Powrozy obwijały się wokół walca, ręce w tył unoszone, pociągały za sobą owe postronki od żelaznych grabi, których zęby wchodziły w plecy. Krew się zaczęła dobywać, kości w ramionach trzeszczeć, kobieta okropnie krzyknęła - relacjonował świadek. On sam też głośno krzyknął z przerażenia, oprawcy schwytali go i wyrzucili z izby tortur. Po torturach trzy kobiety zmarły. Na jedenaście żyjących czekał już stos.
    Stos postawiono między Doruchowem a Piłą przy drodze z Kalisza do Kępna. Najpierw dużą sosnę. Wokół niej ułożono pnie i dobrze nażywicowane drwa, a następnie grubą warstwę słomy. Skazane wciągnięto na stos. Tu kat i jego pomocnicy układali je twarzą do ziemi, a kark i nogi każdej przyciskali dużymi klockami dębowymi. Sędzia zawołał: "Zapal pochodnie". Kaci rozstawili pomocników z zapalonymi pochodniami w dłoniach wokół stosu. Gdy padła komenda: "Pal!", podpalono stos. Z wnętrza żaru i duszącego dymu dochodziły straszliwe jęki. Następnej nocy pod stos przyprowadzono trzy 15-16 - letnie córki straconych kobiet. W odczytanym głośno dekrecie zarzucono im, że "będąc córkami czarownic, musiały się nauczyć tej diabelskiej sztuki i dusze swe czartom zapisać. Aby więc wyrzekły się wspólnictwa z diabłami, mają być u słupów rózgami smagane". Następnie obnażono je do pasa, przywiązano do słupów i biczowano. Jedna z dziewcząt w kilka dni potem zmarła.
    Wokół "relacji naocznego świadka" tych wydarzeń opublikowanej w "Przyjacielu Ludu" rozgorzał spór o autentyczność opisanych wydarzeń. Profesor Janusz Tazbir uważa przekaz z "Przyjaciela Ludu" za fikcję literacką. "Wbrew opinii niektórych dawnych i współczesnych badaczy - pisał profesor w książce "Opowieści prawdziwe i zmyślone" (Warszawa, 1994) - uważam relację za zręcznie skonstruowany falsyfikat, w którym być może wykorzystano jakąś wzmiankę na temat procesu w Doruchowie"., O takiej głośnej historii nie wspomniano w ówczesnych pamiętnikach, diariuszach sejmowych i dokumentach. Kiedy Sejm w 1776 roku uchwalił zakaz używania tortur w śledztwach i zniósł karę śmierci za czary, nie powołano się na przypadek Doruchowa. Jednak niektórzy historycy, jak Bohdan Baranowski, autor pracy "Procesy czarownic w Polsce w XVII i XVIII wieku" (Łódź, 1952) uważają, że uczyniono tak pod wpływem tego, co się stało w Doruchowie.
    Profesor Tazbir przypuszcza, że autorem tekstu opublikowanego w "Przyjacielu Ludu" mógł być Konstanty Majeranowski - niestrudzony twórca falsyfikatów historycznych.
    W ostatnich latach znaleziono jednak w Archiwum Akt Dawnych dokumenty grodzkie Ostrzeszowa, a wśród nich zapis z 1783 roku. Można się z niego dowiedzieć, że wójt i ławnicy z miasteczka Grabów nad Prosną zostali pozbawieni swoich urzędów za to, że wezwani przez dziedzica, w miejscowości Doruchów kazali spalić 6 kobiet - czarownic. Data zdymisjonowania wójta i ławników nie została podana, tak jak nie podano, kiedy odbył się proces i egzekucja.
    Profesor Tazbir twierdzi, że spalono tylko sześć "czarownic". Po drugie - wcale nie musiało to być w 1775 roku. Składając relację z wydarzeń dla "Przyjaciela Ludu" w 1835 roku, "naoczny świadek" musiałby być już człowiekiem sędziwym. Po tylu latach trudno całkowicie zaufać jego pamięci. Procesów podobnych do doruchowskiego było w Polsce kilkanaście tysięcy, głównie na terenach zachodnich. Nie wszystkie kończyły się skazaniem na śmierć. Stosowano też karę chłosty, grzywnę, wydalenie z miejsca zamieszkania.
    Bohdan Baranowski, główny adwersarz profesora Tazbira (zwolennik autentyczności tekstu z "Przyjaciela Ludu") twierdzi, że ofiarami oskarżeń o czary padło w Rzeczpospolitej około 10 tysięcy osób - głównie kobiet - spalonych z wyroków sądowych lub zamordowanych podczas torturowania. Drugie tyle miało zginąć podczas samosądów. Profesor Tazbir zapewnia, że w Polsce na stosach spłonęło najwyżej do tysiąca "czarownic".
    Na zachodzie Europy okresem masowych procesów i egzekucji za czary był wiek XVI; w Polsce odbyło się ich wówczas niewiele. Cudzoziemcy bowiem nazywali nasz kraj "państwem bez stosów". I chyba nazwa ta słusznie się nam należy. Choć bowiem i u nas płonęły stosy, to - po pierwsze - było ich nieporównywalnie mniej, a po drugie, bardzo wcześnie, bo już w 1639r., pojawili się obrońcy skazanych za czary - w tym wielu księży i biskupów.

B. Szymański


1994 - 2007 © Borkow

czasostrzeszowski&r=ns.gif" tppabs="http://stat.4u.pl/cgi-bin/s.cgi?i=czasostrzeszowski&r=ns" width="1" height="1">