Czas Ostrzeszowski

  » Czas Ostrzeszowski\2005 rok\Numer 30


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





W TE DNI LIPCOWE RODZIŁA SIĘ W FUM-IE "SOLIDARNOŚĆ"

    Był ciepły, lipcowy wieczór 1980 roku, nasłuchiwałem rozgłośni Wolna Europa, a było czego słuchać. W Lubelskiem strajkowały zakłady pracy. Jak się później okazało, było to preludium tamtych sierpniowych wydarzeń, które na zawsze zmieniły oblicze Polski.


Pierwsza komisja zakładowa FUM-owskiej Solidarności.

    Gdy tak słuchałem, zrodziło się pytanie: Dlaczego tylko tam, w Lubelskiem mają walczyć o lepszy byt ludzi pracy? Postanowiłem coś zrobić. W FUM-ie pracowałem na wydziale montażu, a władze zaliczały mnie do tzw. "niepokornych", którym ciągle coś się nie podoba. Rzecz w tym, że w ostrzeszowskim FUM-ie tych "niepokornych" było wielu, szczególnie na wydziałach narzędziowni, montażu, brygady remontowej i obróbki mechanicznej.
    Nadszedł 21 lipca 1980r. Zwykły, szary dzień, bez większych perspektyw na przyszłość, ale tylko z pozoru. Tamten 21 lipca poprzedzał tzw. Święto Odrodzenia Polski. Rano, po konsultacji z pozostałymi "niepokornymi", postanowiliśmy zaprotestować przeciwko podwyżce cen, braku węgla, niskim płacom i innym trudom życia codziennego. W tym okresie w sklepach brakowało wszystkiego: aby coś kupić, trzeba było wystawać w gigantycznych kolejkach.
    Łatwo powiedzieć: protestować, ale trzeba było się zastanowić, jak to zrobić. Istniała obawa, czy reszta pracowników FUM-u nas posłucha. Ustaliliśmy, że po przerwie śniadaniowej zwołamy wszystkich na wydział montowni, tam przedstawimy postulaty pod adresem dyrekcji FUM-u, władz miasta i województwa. Po godz. 10-tej wszystkie podstawowe wydziały przerwały pracę, gromadząc się na wydziale montażu. Ku naszemu zdziwieniu, zgromadzenie pracowników przebiegło bez zgrzytów. Odczuwało się, że ogół ludzi myśli podobnie jak my. Najbardziej przestraszeni sytuacją byli pracownicy umysłowi, ze strachu bali się wychylić nosa ze swych biur. Za to później, gdy w wyniku podjętego protestu doszło do podwyżek płac, pierwsi po nie wyciągali ręce.
    Nikt z nas nie miał doświadczenia ani zielonego pojęcia, że należało powołać komitet strajkowy, a protestowi nadać strajkowe formy organizacyjne. Wszystko działo się spontanicznie, po kilku minutach zjawiła się cała dyrekcja, sekretarz PZPR i przewodniczący związków zawodowych.
    Natychmiast zaczęli straszyć i pouczać, ile to tysięcy sprzęgieł nie zostanie wyprodukowanych dla ZSRR. Informowano o konsekwencjach, jakie mogą dotknąć organizatorów niekontrolowanych przerw w pracy (tak ówczesna władza nazywała strajki). Pod adresem dyrekcji rozległy się gwizdy, pohukiwania i niewybredne docinki. Szczególnie odczuł to jeden z dyrektorów, który, chcąc być lepiej słyszany i rozumiany, wszedł na stół montażowy i stamtąd za wszelką cenę próbował zapędzić protestujących do pracy. Skończyło się na gwizdach i wielkim tumulcie. W końcu udało się przedstawić nasze postulaty i żądania, które protestujący przyjęli oklaskami. Zażądaliśmy wtedy podwyżki płac - średnio o 800 zł, lepszego zaopatrzenia sklepu zakładowego w wędliny i artykuły spożywcze. Wśród innych postulatów było zwiększenie dostaw węgla i odwołanie jednego z dyrektorów. Dyrekcja zakładu nie miała zamiaru godzić się na żaden z nich, ciągle strasząc konsekwencjami dyscyplinarnymi.
    Przepychanki słowne trwały parę godzin. W końcu dyrektor naczelny po konsultacjach telefonicznych z władzami wojewódzkimi w Kaliszu zaproponował, abyśmy powołali komisję do rozmów na temat przedstawionych postulatów. Komisja, w skład której weszli przedstawiciele protestujących wydziałów, została wybrana. Jednak, pamiętając o zasadzie: "kuj żelazo póki gorące", nikt nie zamierzał przystępować do roboty. Nie pomagały prośby ani groźby dyrekcji. Protestujący, czując siłę tłumu, żądali, aby postulaty zostały spełnione natychmiast. Nie dawano bowiem wiary, że później zostaną spełnione.
    Długo nie można było osiągnąć żadnych uzgodnień, w końcu na prośbę dyrektora naczelnego zaproponowaliśmy protestującym rozejście się i przystąpienie do pracy, zapewniając przy tym, że jeżeli dyrekcja nas oszuka, to po 22 lipca przerwiemy pracę ponownie. Sugestię naszą z wielkimi oporami przyjęto. 23 lipca rozpoczęły się rozmowy z dyrekcją. Popełniliśmy błąd, przyjmując propozycję rozmów w podkomisjach wydziałowych z poszczególnymi członkami dyrekcji. Po prostu pozwoliliśmy się wykołować. Rozmowy nic nie dały, a przedstawicieli poszczególnych wydziałów próbowano zmiękczyć i zastraszyć.
    Jak przyrzekliśmy załodze, tak się stało, 24 lipca FUM stanął po raz drugi. Wtedy nie było już pobłażania. Przygotowaliśmy wcześniej petycję z żądaniami pod adresem dyrekcji oraz władz miasta i województwa. Podpisali ją członkowie rady zakładowej i mężowie zaufania związków zawodowych, a także sekretarze oddziałowi PZPR - i to było naszą siłą. W petycji zapowiedzieliśmy, że w przypadku niezrealizowania postulatów proklamujemy strajk bezterminowy. Reakcja była piorunująca, telefony na linii FUM - KW PZPR były po prostu "czerwone".
    Natychmiast z Kalisza wyjechało - jak to później nazywaliśmy - "kiełbasiane pogotowie", które w trybie przyśpieszonym doskonale zaopatrywało sklep zakładowy w artykuły żywnościowe. Próbowano w ten sposób "kupić" fumowców. Podwyżka płac, średnio o 800 zł na pracownika, została zrealizowana i w zdecydowanej większości pozostałe postulaty także. Rozgłośnia Wolnej Europy w relacjach swych dziennikarzy podawała informacje o strajku w FUM-ie i naszym zwycięstwie. Byliśmy dumni z pierwszego tak wielkiego robotniczego sukcesu.
    Wtedy w lipcu, dla mnie - osoby pełniącej od czterech miesięcy funkcję członka rady zakładowej związków zawodowych, całkowicie podporządkowanych władzy komunistycznej, było wielkim honorem stanąć wspólnie z innymi na czele fumowskiego protestu.
    Wówczas, w te dni lipcowe rodziła się w FUM-ie i w pozostałych zakładach Ostrzeszowa robotnicza SOLIDARNIŚĆ - solidarność ludzi wyrażających bunt przeciwko wszechwładzy PZPR.
    Nadszedł sierpień 1980, strajki na Wybrzeżu, wielkie przemiany i nadzieja na lepszą Polskę.
     4 września 1980r., w trakcie przerwy i śniadaniowej, w zakładzie FUM Ostrzeszów powstaje Komitet Założycielski NSZZ "Solidarność". Z woli założycieli zostaję wybrany jego przewodniczącym. Dalsza historia fumowskiego i ostrzeszowskiego ruchu związkowego to temat na inną okazję.
    Zbliża się 25. rocznica powstania ruchu "Solidarność", minęło także 16 lat od rozpoczęcia przemian ustrojowych i gospodarczych. Należy zadać pytanie - co z tego ma przeciętny zjadacz chleba?
    Ze smutkiem stwierdzam, że w większości - niewiele. Miliony naszych rodaków, ze względu na brak pracy, żyją w nędzy. Tymczasem dla rządzących niemal wyłącznie liczy się kasa, jaką dzięki władzy mogą zarobić. Mogę tak stwierdzić, patrząc na tych wszystkich odnowicieli, którzy po roku 1989 na barkach protestujących wyniesieni zostali na piedestały rządowe, poselskie i samorządowe, którym usta nie zamykają się od wygłaszania frazesów na temat walki z biedą i bezrobociem. W większości tak naprawdę robią to tylko na pokaz.
    Zejdę na ostrzeszowskie podwórko samorządowe, na Radę Powiatu, której jestem radnym. Kiedy wystąpiłem o zmniejszenie diet radnych, jeden z nich powiedział mi wprost: "Kaziu, ja za twoim projektem nie będę głosował, kupiłem sobie nowy samochód, zaciągnąłem kredyt w kwocie 40 tys. zł. i dietą go spłacę".
    Ocenę pozostawiam Wam, Szanowni Wyborcy.
    W niedługim czasie odbędą się wybory parlamentarne, prezydenckie, a następnie samorządowe. Możemy wybrać ludzi, którzy w zdecydowany sposób reprezentować będą interesy ludzi biednych i poniżanych, będą dbać o szybki rozwój Polski. Nie dajmy się po raz kolejny oszukać, chociaż raz bądźmy mądrzejsi przed szkodą, a nie po niej, jak to zwykle bywało.

Kazimierz Obsadny


1994 - 2007 © Borkow

i-i=czasostrzeszowski&r=ns.gif" tppabs="http://stat.4u.pl/cgi-bin/s.cgi?i=czasostrzeszowski&r=ns" width="1" height="1">