» Numer 49


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





ŚWIADKOWIE NIEWIELE PAMIĘTAJĄ

    24 listopada odbyła się kolejna z rozpraw w toczącej się od kilku miesięcy sprawie lekarzy z Ostrzeszowa i Kalisza, oskarżonych o nieumyślne przyczynienie się do śmierci Jacka Ślęzaka. Jeszcze tak wielu świadków w tej sprawie nie zeznawało. Cóż z tego, skoro większość niewiele pamiętała, a przez to też nie wniosła na wokandę żadnych istotnych faktów.
    Pierwszym, stającym przed sądem był kierowca pogotowia ratunkowego w Ostrzeszowie Marek K. On to właśnie przed trzema laty, wraz z sanitariuszem Ludwikiem G. przewoził do Kalisza poszkodowanego w wypadku Jacka Ślęzaka. W swoim zeznaniu powiedział m.in.:
    "Jako kierowca otrzymałem polecenie wyjazdu, wydane albo przez dyr. Kmiecia albo dr. Grobla. Wyjechaliśmy ok. północy, dokładnej godziny nie pamiętam. Jechał z nami ojciec pacjenta. Trasa wiodła przez Grabów. Jechaliśmy z bezpieczną prędkością, bez użycia sygnału, gdyż nie było to zaznaczone w zleceniu wyjazdu. Po drodze pacjent mówił do ojca: "Ta noga mi zaraz spadnie". Podróż trwała ok. 50 minut. Po przyjeździe do szpitala w Kaliszu wnieśliśmy pacjenta na noszach na izbę przyjęć. Pamiętam, że lekarz, który przyszedł na izbę przyjęć, zapytał: "Wy go tak przywieźliście?" Nie zrozumiałem, o co mogło mu chodzić. Wyszedłem na korytarz i czekałem, by zabrać nosze, a także na p. Ślęzaka. Stan pacjenta był wg mnie taki sam jak przy wyjeździe z Ostrzeszowa."
    Nie zabrakło pytań stawianych świadkowi przez panią prokurator i adwokatów oskarżonych, a także biegłych. Pytano m.in. o czas pobytu w Kaliszu, o to, na jakiej podstawie oceniał stan pacjenta w Ostrzeszowie i w Kaliszu, wreszcie o zabezpieczenie nogi pacjenta na czas podróży.
    Następnie zeznawał Ludwik G., pracujący wówczas jako sanitariusz, biorący udział w transporcie Jacka Ślęzaka do Kalisza:
    "W trakcie jazdy pacjent narzekał na ból i mówił, że ta noga mu ucieka. Sprawdziłem, ale wszystko było w porządku. Jak wyjeżdżaliśmy z Ostrzeszowa, J. Ślęzak nie miał objawów, które mogłyby wskazywać na istnienie zagrożenia. Trochę męczyła go podróż, szczególnie narzekał podczas wstrząsów w czasie jazdy."
    Prowadząca rozprawę Barbara Sabała-Bronś przedstawiła świadkowi kopię karty wyjazdowej, prosząc o wyjaśnienie zaznaczonych w niej godzin. Z karty m.in. wynikało, że ze szpitala w Ostrzeszowie karetka wyjechała o 1.00. Po 50 minutach była na miejscu przeznaczenia. Zaś w drogę powrotną do Ostrzeszowa wyruszono o 2.40. W odpowiedzi na stawiane pytania świadek wspomniał o braku podstawowego wyposażenia w ambulansie. Tłumaczył też, że jego odejście z pracy w pogotowiu nie miało nic wspólnego z tą sprawą. Zdziwienie pytających wzbudziło fachowe nazewnictwo użyte przez świadka we wcześniejszym zeznaniu w prokuraturze, tymczasem na sali sądowej nie potrafił on wytłumaczyć podejmowanych czynności.
    Kolejny świadek to Paweł S., pielęgniarz pogotowia w Ostrzeszowie. Na miejsce wypadku przybył on wraz z dr. Szlachtą. "Założyliśmy szynę Kramera - mówił świadek. Z tego, co pamiętam, pacjent miał też założony kołnierz unieruchamiający odcinek kręgosłupa. Po kilku minutach przywieźliśmy go do szpitala. Byłem bardzo zaskoczony śmiercią pacjenta."
    Biegły zadający pytania poprosił o dokładny opis unieruchomienia nogi. Niestety, być może pod wpływem emocji, świadek zasłabł i trzeba było przerwać jego przesłuchanie. Dokończono je po przerwie, wówczas też przed sądem wystąpiły pielęgniarki ze szpitali w Ostrzeszowie i Kaliszu, będące świadkami pobytu Jacka Ślęzaka w obu tych placówkach. Dość skromne były ich zeznania. Czas, który upłynął od tamtych wydarzeń (ok. 3 lat), przyczynił się do zatarcia w pamięci wielu szczegółów.
    Można pokusić się o stwierdzenie, że liczni świadkowie zeznający na ostatniej rozprawie nie wnieśli do jej przebiegu, wielu (by nie powiedzieć żadnych) istotnych elementów. Ale to już oceni sąd.

K. Juszczak


1994 - 2007 © Borkow