» Numer 48


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





Śmierć na drodze

    Pisk opon, głośny trzask, przerwane nagle słowa... Potem już tylko przeraźliwa głucha cisza. Zginął, choć mógł jeszcze żyć - niepotrzebnie, za wcześnie. Pozostaje ból, wspomnienie i ten krzyż przy drodze...
    Takich tragicznych wydarzeń nie brakuje także na Ziemi Ostrzeszowskiej. Trudno o nich mówić, choć czas nieco goi rany. Niech więc te zdarzenia staną się wspomnieniem o osobach, które były, odeszły, lecz zawsze pozostaną w pamięci.


Wspomnienie pierwsze
MARIUSZ LIZAKOWSKI

Żył 42 lata.
Zginął 7.10.1998 r.


    To była środa, święto Matki Boskiej Różańcowej. Nie bez znaczenia jest ten fakt, albowiem właśnie podczas nabożeństwa poinformował o tym tragicznym wydarzeniu ks. Zdzisław Sobierajski. Różaniec w tej historii odegrał jeszcze inną rolę. Mariusz przed samym wyjazdem otrzymał go od żony Urszuli. Jakiś czas po jego śmierci p. Urszula miała sen. Przyśnił się jej małżonek, prosił, by zajrzała do podróżnej torby, czy nie zostawił tam jedzenia, bo jest bardzo głodny. Zdziwiona, postanowiła jeszcze tej nocy spełnić życzenie męża. I wtedy w zakamarku torby zauważyła różaniec. Zrozumiała, że tym pożywieniem jest modlitwa. Od tego momentu zaczęła się jeszcze bardziej modlić za spokój jego duszy. Poprosiła też o odprawienie mszy w tej intencji. Kolejny, ostatni raz przyśnił się jej jakieś pół roku później. Mówił, że za miesiąc go wypuszczą, że już jest syty i szczęśliwy. Może to tylko sen, a może jednak coś więcej...
    Dziś, choć minęło już pięć lat, ten tragiczny dzień p. Urszula pamięta dobrze. Było pogodne popołudnie, ok. godz. 16-tej. Mąż wraz z dwoma pracownikami miał tego dnia wyjechać do pracy w Austrii. Po drodze mieli wymienić ogumienie w samochodzie i zabrać tłumacza z Ostrowa. Do Niedźwiedzia samochodem kierował kolega, potem Mariusz przesiadł się za kierownicę żartując: "Jeszcze mnie zabijesz". Tymczasem ironia losu sprawiła, iż przejechał niecałe 2 km do zakrętu i... Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Straszny huk w kole, pojazd traci sterowność i uderza w nadjeżdżający z przeciwka samochód ciężarowy z osobowym BMW na przyczepie. Mariusz zdążył tylko powiedzieć: "To już po nas". Pasażerowie wyszli z wypadku z życiem. Dla Mariusza były to ostatnie sekundy życia.
    O śmierci męża p. Urszula dowiedziała się od szwagierki. Trudno było w to uwierzyć - mówi, przecież tyle co wyjechał.


    Był człowiekiem czynu. Aktywny zawodowo, w Trasko pełnił funkcję pełnomocnika dyrektora. Kandydował w wyborach do Rady Miejskiej. Prawie nie miał wolnych chwil. Może dlatego bardzo lubił Boże Narodzenie, spędzane w rodzinnym gronie. Wszystkich wówczas obsypywał prezentami, nie pomijając siebie. Należał do osób wesołych, choć u niektórych wzbudzał respekt.
    Wielką miłością darzył swą jedynaczkę - Sylwię. W niej pokładał wszystkie nadzieje. Sylwia ostatni raz widziała ojca, gdy wraz z mamą odwiózł ją na studia do Poznania. Patrząc wówczas na odjeżdżający samochód, ogarnęło ją przeczucie, że któregoś z rodziców już nie zobaczy...
    Pozostało tak wiele niezrealizowanych planów, marzeń. Chciał zbudować jacht, kupić rancho na wsi i dwa konie, latać samolotem. Z odwagą pokonywał wszelkie przeciwności losu, ale śmierci nie był w stanie pokonać.
    Pozostawił w bólu kochającą żonę, córkę oraz liczne grono przyjaciół i znajomych.

W. Juszczak

    Za tydzień wspomnienie drugie - o Michale Hoi.
    Jeśli i Państwo chcieliby poświęcić serdeczne wspomnienie zmarłej bliskiej osobie, prosimy o kontakt (tel. 730-14-90) lub dostarczenie wspomnienia do redakcji, ul. św. Mikołaja 16

1994 - 2007 © Borkow