» Numer 44


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





Zakończenie sezonu żeglarskiego w Kobylej Górze



Gdzie ta keja wymarzona w snach...
    Żyjemy pośród wiecznych malkontentów, ludzi ciągle narzekających. Na pytanie: co słychać? - padają odpowiedzi pełne utyskiwań. W rozważaniach o tym, jakie będzie jutro, jawią się nieznośne prognozy na ołowianych chmurach.
    Nie tacy są żeglarze.
    Po zadyszce wiecznym pośpiechem szukają ustronia dla swych skołatanych myśli i leku na udręczone ciała. Wypatrują miejsc, gdzie można dotknąć powietrza i usłyszeć lot trzmiela. Trawi ich odwieczna tęsknota za bliskością natury.

Jak w bajce
    Jest takie miejsce, gdzie cisza ma smak, a woda pachnie. Pochylają się nad nią żywiczne sosny, czasem pochlipują brzozy. To Zalew Meresznicki w Kobylej Górze, wydarty ziemi w 1983 r. Ten urokliwy akwen wodny co roku, od maja do października, wypełniają dłonie przyłożone do żagli. Tu pielgrzymują ci, których nuży zgiełk miasta. Tu pomykają pasjonaci walki z wodnym żywiołem.
    W Kobylą Górę na dobre wrósł Jacht Klub z Ostrzeszowa o wdzięcznej nazwie,,Orion". Jest w niej moc zaklęcia za sprawą Jana Malińskiego, ppłk.lotnictwa. Zasłużony ostrzeszowianin, pilot Dywizjonów 302 i 307, w swojej niebezpiecznej misji w czasie II wojny światowej kierował się na Oriona walczącego z Bykiem. Zawsze szczęśliwie powracał do bazy. Zapewne ten beocki myśliwy jest kontent, gdy spoziera z rozgwieżdżonego nieba, jak jego żeglarze niczym ptaki z rozwiniętymi skrzydłami szykują się do lotu na morza i oceany. W zalewie odbijają się ich tęsknoty i marzenia o wielkiej wodzie.

Najpierw oficjalnie
    Na kobylogórskiej przystani 4 października było tłoczno. Przybyli tu miłośnicy i sympatycy żeglarstwa z Kalisza, Wrocławia, Ostrowa, Krotoszyna, Pleszewa, Sycowa, Bralina i Malborka.
    Na wysokim maszcie powiewała flaga w asyście gali banderowej na znak, że odbędzie się uroczystość.
    Jeszcze w pobliżu kołyszą się jachty gotowe rzucić cumy. Zupełnie milcząco tkwią w wodzie kajaki i rowery.
    Roześmiany i gwarliwy tłum milknie. Pada komenda: baczność! To gromki głos komandora Ryszarda Gudera. Ustawieni w dwuszereg goście i gospodarze poddają się ceremonii zakończenia sezonu żeglarskiego 2003 w okręgu kaliskim.
    Po meldunku zabiera głos prezes Kaliskiego Okręgu Związku Żeglarskiego, Józef Czubak. Płyną słowa uznania i podziękowań. Podniosłym akcentem uroczystości jest przyznanie pierwszemu komandorowi,,Oriona", Bohdanowi Ogrodowskiemu, Medalu za Zasługi dla Kaliskiego OZŻ. Ten rodzaj wyróżnienia jest wprowadzony po raz pierwszy w tym roku. Medal komandora oznakowany jest numerem 5. I tylko tylu szczęśliwców go otrzymało. Uhonorowany również został kapitan jachtowy Zbigniew Soja z Malborka z okazji 25-lecia istnienia klubu za wkład pracy na rzecz ostrzeszowskich żeglarzy. Ze względu na obowiązki służbowe nie mógł być obecny w stosownej chwili i odebrać podziękowań. Uwagę zebranych przykuło wystąpienie dra Jerzego Jarmołkowicza z Sycowa. Swoją opowieść ze swadą wytrawnego mówcy osnuł wokół znanej łacińskiej maksymy Plutarcha:,,Navigare necesse est, vivere non est necesse"(żeglowanie jest koniecznością, życie nią nie jest).
    Potem krótkie sprawozdanie o przebiegu sezonu. Szerzej gawędzono o tym później na tarasie. Oficjalną celebrę kończy zdjęcie z masztu bandery. Sternik jachtowy Leonard Bargenda po raz ostatni wybija,,szklankę".
    W dniu zakończenia sezonu żeglarskiego tradycyjnie rozgrywają się na przystani ostatnie zmagania na wodzie i,,przy kotle".

Były regaty
    Każdego roku ponad 2 tys. młodych ludzi z wielu krajów świata ściga się ze sobą pod żaglami w Regatach Cutty Sark na różnych akwenach - Bałtyk, Morze Północne, Zatoka Biskajska, wody dookoła Wielkiej Brytanii, Atlantyk. Co roku gdzie indziej. Dla startujących załóg to przede wszystkim wielka przygoda i sprawdzenie siebie oraz swoich umiejętności pracy w zespole. Regaty dają dreszcz emocji współzawodnictwa.
    Na meresznickich wodach ścigało się pięć drużyn na jachtach:,,Victoria",,,Gabrysia",,,Ewa",,,Vega" i,,Mistral". Na każdym z nich płynęły cztery osoby. Zwycięstwo przypadło w udziale załodze,,Vegi" w składzie: Ewald i Grzegorz Grosskowie oraz Marian i Jakub Sznfeldowie. Konkursową rutę pokonali w łącznym czasie 64 min. Za trzy biegi.
    Kolejne miejsca zajęły załogi:,,Ewy",,,Gabrysi",,,Victorii" i,,Mistrala".
    Drugiej konkurencji, zwanej "pływanie bączkiem" (wiosłowanie jednym pagajem), towarzyszył gromki aplauz publiczności. Rozlegały się chóralne okrzyki: Adrian, Grzesiu, Adrian...i trudne do rozszyfrowania akordy krzykaczy.
    Zwyciężył Adrian Trojanowski z,,Ewy".
    Po zawodach jachty jakby posmutniały. Przez zimowe miesiące nie będą kołysać się po wodzie. W hangarze jak w klinice wodniacy będą naprawiać ich uszkodzone części. A na wiosnę spowite zimową drzemką i wspomnieniami lata 2003 będą czujnie nasłuchiwać pomyślnych wiatrów.
    Wokół potyczek konkursowych niecodzienną aurę tworzył szef wyszkolenia żeglarskiego- Jan Wilk. Nigdy wyraz nie był bliższy treści jak w zestawieniu tak osobliwym. Jan Wilk to prawdziwy,,wilk"- morski. Po niejednym maszcie wspinał się na top. Niejeden szkwał dopadał go za rumplem. Jego lico smagały słońce, bryzy i wiatr. Z łowiecką czapeczką na głowie- wszak jest łowcą talentów żeglarskich - jak orkan miotał się po przystani. I ten głos, ten...głos!

Śpiewali szanty
    Do znanych obrzędów żeglarskich należy śpiewanie szant. Istnieje kilka anegdot związanych z narodzinami tego rodzaju pieśni.
    Jedna z opowiastek głosi, że przed laty Murzyni z Wysp Karaibskich, pracujący przy wyrębie drzew, stawiali swe domy na palach. Owe chaty, zwane shanties, można było przesuwać na pniach drzew, ciągnąć za liny odpowiednio przymocowane do ścian. Wtedy na dachu,,szanty" siadał najbardziej leniwy drwal (szantymen) i improwizował pieśń, której rytm wyznaczał tempo pracy.
    Szanty to nic innego jak pieśni o pracy marynarzy, śpiewane przy obsłudze żagli, pomp zęzowych, wybieraniu kotwicy. Bez szantymena praca na żaglowcu nie szła. On wiedział, gdzie i kiedy poluzować, wybrać, obłożyć i w jakim tempie. Przy każdej z tych prac śpiewał. Do Polski szanty trafiły przed dwudziestu laty i od tego czasu zyskują coraz większą popularność. Dzisiaj śpiewa się zarówno szanty klasyczne - te przypominające pracę na żaglowcach, jak i pieśni kubryku, śpiewane w tawernach i pod pokładem statku. Zawsze bez wtóru instrumentu muzycznego (a capella).
    Nie mogło zabraknąć szant na zmaganiach konkursowych w czasie zakończenia sezonu żeglarskiego w Kobylej Górze. Załogi poszczególnych jachtów z przejęciem śpiewały o tym, że,, morze dziwne jest, trochę szare i zielone, błękitne też". Dramatycznie brzmiały pytania:
    Gdzie ta keja, przy niej ten jacht. Gdzie ta koja wymarzona w snach?
    Śpiewacy refleksyjnie stwierdzali, że,,cierpi kraj na brak morskich opowieści".
    Słuchacze stali zadziwieni. Zdarzało się, że ta sama piosenka miała różną linię melodyczną. Ale szanty z tego słyną, że każdy śpiewa je trochę inaczej!
    Zwyciężyła załoga,,Victorii w składzie: Beata Mazurek, Henryk Gruszka, Artur Rusinek i Bogdan Zawada. Drugie miejsce zajęli szantymeni,, Gabrysi", trzecie-,,Ewy", czwarte-,,Vegi" i piąte-,,Mistrala".
    W ogólnej punktacji w zawodach po trzech konkurencjach (regaty, bączek i szanty) wygrała,,Vega": Grosskowie i Szenfeldowie z Bralina.
    Wielka radość zapanowała wśród zwycięzców. Wszystkich gości zapraszali do swego suto zastawionego stołu, jakby żywcem wtoczonego ze staropolskiej uczty. Tacy już oni są: gościnni, serdeczni i radośni.
    Do późnych godzin wieczornych echo niosło szanty nad lasami i wodą jak fugę, bo jedna melodia goniła drugą.

Stanisława Wojciechowska-Soja
(ciąg dalszy w następnym numerze)


1994 - 2007 © Borkow