» Numer 39


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





Listy z Boliwii - list 1.

    Dorota Smoter, doktorantka wydziału architektury Politechniki Wrocławskiej, rok spędziła w Boliwii, walcząc o sprawiedliwość. Przypomnijmy, że ofiarą napaści na młodych Polaków został narzeczony Doroty - Darek Kowalek z Ostrzeszowa, ona sama cudem uniknęła śmierci (pisaliśmy o tym w nr. 32 i 33 CzO). Bez pieniędzy, bez znajomych musiała stawić czoła skorumpowanemu systemowi boliwijskiego prawa. Doprowadziła do skazania 12 osób, w większości na 30 lat- (max. wymiar kary w Boliwii ) i przetransportowania ich do jednego z 3 najcięższych więzień w Boliwii. Pracuje nad doktoratem, przygotowuje się do wystaw fotograficznych, pisze książkę.
    Specjalnie dla czytelników "Czasu Ostrzeszowskiego" pisze listy z Boliwii, które postaramy się systematycznie umieszczać w kolejnych wydaniach gazety.



    Koniec sierpnia  2003, La Paz, Boliwia.
    Mój pobyt w Boliwii ma wiele twarzy: długa droga w walce o sprawiedliwość, odzyskiwanie zdrowia, praca nad doktoratem, borykanie się z trudnościami, jakie niesie codzienne życie bez pieniędzy, konfrontacja i wtapianie się w tutejszy świat, świat, w którym żyję i z którym się zmagam.
    Z Camargo, gdzie głównie toczyłam boje przez ostatni rok, przeniosłam się na bliżej nieokreślony czas do La Paz. Bliżej nieokreślony znaczy  właśnie dokładnie tyle: "bliżej nieokreślony"; może być to jeszcze 4 dni, a może być równie dobrze i miesiąc...
    Ostatni tydzień był bardzo napięty. Więźniowie właściwie uciekli z więzienia w Camargo, nie udało im się tylko dlatego, że jeden ze współodsiadywaczy przeszedł się na posterunek policji. Odpowiedzialny za organizowania ucieczki okazał się ich obrońca z urzędu, któremu sowicie zapłacili. Złapani złożyli zeznania w obecności prokuratora i dwóch sędziów. Szkoda, że nie powiedzieli, kto podjudzał ich do zlikwidowania głównego świadka, czyli mnie. Zobaczymy, co dalej z tym zrobi wymiar sprawiedliwości boliwijskiej. Ale to jest już jakby nie moja sprawa. Nie mogę walczyć z całym systemem. Prawie udana ucieczka zmobilizowała burmistrza do pożyczenia samochodu (policja i prokuratura nie dysponuje takimi luksusami), więźniowie zostali przewiezieni do ciężkiego więzienia w Potosí- 10 godzin jazdy przez góry.
    Następnego dnia miałam możliwość zabrać się jeepem superfaceta do konstytucyjnej stolicy Boliwii - Sucre. Co oznaczało więcej jak pół dnia jazdy po drodze, która nie przypomina drogi. Samochód walczył w tumanach kurzu z wertepami. Kurz włazi wszędzie, ma się go we włosach, w uszach, między zębami. Gdy zapukałam do drzwi polskich franciszkanów, okazało się, że nie mogę się u nich zatrzymać. Pozostał mi tani, zimny hotel, co przy moich zasobach finansowych stwarza pewien problem. Zasnęłam w ubraniu jak kamień.
    Na drugi dzień udało mi się w biegu odebrać wreszcie paszport z wizą na rok i kupić bilet do La Paz. Dopadła mnie też telefonicznie moja babcia  z pretensjami. Wiem, że  się martwi, ale...ja nie jestem na wakacjach (chyba wyrzucę komórkę). Wsiadłam do autobusu mając świadomość, że okna w nim są nieszczelne i że pojadę nim około 20 godzin.
    -Dotarłam do La Paz na polską parafię, a tam niesympatyczna akcja z udziałem Zbyszka i Sławka (polskich księży). Wielce ich ubawiło to, że w gazecie napisali o mnie: wdowa pogrążona w bólu... Z nieukrywaną przyjemnością wołali za mną: wdowa, wdowa i tak mnie też przedstawiali swoim kumplom, którzy przyszli grać w karty i słysząc to mieli trochę głupawe miny; niezmiernie bawiło ich również to, że najprawdopodobniej  pójdę pieszo do Polski, że nie mam pieniędzy i jakby im proboszcz nie kazał, to już dawno wywaliliby mnie na ulice..- Bardzo śmieszne... szczególnie jak się ma za sobą długą drogę niepozbawioną problemów i ledwo się trzyma na nogach. Zobaczyłam z przerażeniem, że czerpią z tego sadystyczną przyjemność i czekają, aż się rozpłaczę. Zadzwoniłam do Hany i Roberta i dowlokłam się do ich domu - już mi było słabo, ale wiedziałam, że muszę dojść, na szczęście było z górki. Kucharka pokazała  mi pokój i... film się urwał, no może niezupełnie, ale prawie. Wyglądałam źle: blada jak trup, z cieniami pod oczami i okropnie czerwonymi ustami.

Dorota


1994 - 2007 © Borkow