» Numer 38


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





Moje spotkanie z Syberią - Część VI w Wierszynie

    Co takiego ciekawego jest w tej małej miejscowości, że postanowiliśmy tam pojechać? Otóż wieś w 99% zamieszkują Polacy, którzy założyli tu osadę w 1910r. Osiedlili się oni na Syberii dobrowolnie. Mamy zatem okazję poznać daleko na obcej ziemi naszych ziomków.
    Z miasta wyjeżdżamy drogą asfaltową. Przez długi czas widoczne są ogromne pola ciągnące się po sam horyzont. Potem mijamy wioski i lasy. W lasach widać ślady po mniejszych i większych pożarach, które są tu zjawiskiem dość częstym. Po przejechaniu ponad połowy drogi zatrzymujemy się przed dość zaniedbanym budynkiem. Kiedyś znajdowało się tu więzienie, w którym przebywał Feliks Dzierżyński. Obecnie jest tu szpital dla umysłowo chorych. Przejeżdżamy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i kończy się utwardzona droga. Resztę trasy pokonujemy gruntówką. Około południa znajdujemy się już we wsi. Wita nas Ludmiła - nauczycielka z miejscowej szkoły. To ona i jej mąż będą naszymi głównymi gospodarzami podczas całej wizyty. Porozumiewamy się po polsku. Mimo prawie stuletniej egzystencji Wierszyny nasz język jest tu nadal pielęgnowany. Dzieci w szkole dobrowolnie i chętnie uczą się ojczystej mowy i bez problemu można się z nimi porozumieć. Starsi mieszkańcy także doskonale mówią po polsku, a seniorzy wręcz perfekcyjnie. W ich mowie słyszalny jest akcent i gwara śląska. Fakt ten jednak nie powinien dziwić, gdyż pierwsi osadnicy przybyli tutaj właśnie ze Śląska. Obecnie "na oko" wieś liczy ok. 1000 mieszkańców.


    Na samym początku naszej wizyty doświadczamy, co znaczy miejscowa gościnność, zostajemy podjęci smacznym obiadem. Przy okazji posiłku możemy skosztować jednego ze słynnych tutejszych specyfików, tzw. wierszyńskiej "wody mineralnej", dość dużej mocy. Choć nie zdążyliśmy się jeszcze dobrze poznać, ugoszczono nas iście po królewsku, w myśl syberyjskiej (i polskiej) tradycji: gość w dom, Bóg w dom.
    Ponieważ wszyscy jesteśmy leśnikami, przygotowano dla nas wspaniałą atrakcję - mąż Ludmiły zorganizował dla nas wyprawę w tajgę. Ucieszyliśmy się z eskapady, bo tak naprawdę jeszcze nie mieliśmy możliwości obejrzenia jej z bliska. Naszym środkiem lokomocji jest wysłużony już nieco ził. Mąż Ludmiły jest naszym kierowcą i przewodnikiem po terenie. Przed wyruszeniem nasz opiekun zabiera z domu kilka narzędzi, bo, jak mówi, nigdy nic nie wiadomo. Już po kilkunastu kilometrach jazdy okazuje się, że był to bardzo dobry krok, gdyż nagle ził zaczyna tracić ducha i złowieszczo prychając i stękając, w końcu staje. Na naprawę wystarcza kilkanaście minut i już bez przeszkód kontynuujemy naszą wyprawę. Gdyby spotkało nas coś takiego w którymś z tzw. krajów wysoko rozwiniętych, to podejrzewam, że utknęlibyśmy na dłużej niż kilkanaście minut. Zapewne musielibyśmy czekać na pomoc drogową. A tutaj, na Syberii każdy kierowca musi być zarazem doskonałym mechanikiem, który potrafi radzić sobie nie tylko z drobnymi awariami.


    Za Wierszyną jest jeszcze jedna wioska, a po niej już tylko tajga. Jest to las składający się z brzozy, osiki, sosny, modrzewia i świerku. Nie tak często jak myślałem spotkać można tu sosnę limbę (tzw. cedry).
    Droga, którą się poruszamy, przybiera rozmaite formy. Jest to dukt gruntowy, czasem bardziej, a czasem mniej błotnisty, momentami kręty. Niekiedy trasa wspina się ostro pod górę. Poruszanie się po takiej drodze jest możliwe tylko dzięki takiej maszynie, jaką my podróżujemy. Wszędzie towarzyszą nam wspaniale, malownicze widoki. Mijamy rzeczki z krystalicznie czystą wodą, w oddali widzimy porośnięte drzewami wzniesienia, czasem naszym oczom ukazuje się malownicza polana. Po dwóch godzinach podróży, (wliczając czas naprawy) docieramy na zrąb, który jest naszym celem. Różni się on od tych, które znamy. Pozyskiwanie drewna polega na wycięciu tylko cenniejszych drzew (sosna, modrzew, świerk). Brzoza z osiką nie stanowią tu żadnej wartości i pozostają na powierzchni zrębowej.


    W pobliżu, nieopodal rzeczki znajduje się drewniana chata. Pełni ona rolę schronu dla pracowników leśnych. Jeden człowiek, z własnego wyboru, mieszka tu przez cały rok. Niestety, nikogo nie zastajemy, ale chata jest otwarta. Nasz przewodnik mówi, że jest to tutaj normalne i że możemy się czuć jak u siebie. Odpoczywamy chwilę i pijemy wodę z rzeczki. Jej smak jest wspaniały. Dyskutujemy też o naszych wrażeniach z wyprawy. Zostawiamy w chacie na pamiątkę parę drobnych upominków i wracamy do Wierszyny. Tu czeka już na nas przygotowana rosyjska bania (odpowiednik sauny). W Rosji bania to zwykle mały drewniany budynek, wewnątrz którego znajduje się specyficznie skonstruowany piec. Jego dolna część to palenisko, górna natomiast to otwarty zbiornik na wodę. Podgrzana woda zaczyna parować, podnosząc temperaturę wewnątrz dość wysoko. Bardzo chętnie korzystamy z dobrodziejstw tego wynalazku. Po chwili pobytu w środku oblewamy się już strumieniami potu. Miejscowi mawiają, że w bani należy siedzieć tak długo, dopóki przez głowę nie zacznie przechodzić myśl o jej opuszczeniu. Przed wyjściem chłoszczemy się gałązkami brzozowymi, a następnie spłukujemy cały pot, wylewając na siebie kubeł zimnej wody. Po takich zabiegach czujemy się jak nowo narodzeni.
    Wieczorem znowu mamy możliwość zobaczenia, co znaczy miejscowa gościnność. Przed domem naszych gospodarzy zorganizowano na naszą cześć ognisko. Przychodzą też inni mieszkańcy wsi, każdy przynosi jakiś przysmak. Prowizorycznie zrobione stoły uginają się pod ciężarem potraw. Mimo że znamy się dopiero kilka godzin, atmosfera jest bardzo swojska. Rozmawiamy z miejscowymi tak, jakbyśmy byli dobrymi przyjaciółmi. Na ręce Ludmiły przekazujemy dary, które w większości otrzymaliśmy od sponsorów, za co serdecznie im dziękujemy. Około północy mamy okazję, a wręcz obowiązek spróbować mięsa z sochatego, czyli łosia, rozmawiamy i biesiadujemy przy akompaniamencie harmonii prawie do rana. Dużo mówimy o Polsce i o życiu w Wierszynie. Okazuje się, że nasza gospodyni ukończyła w Gdańsku filologię polską, po czym powróciła do rodzinnej wsi. Jest to dość niezwykłe, ponieważ wcześniej mówiono nam, że Rosjanie studiujący w Polsce rzadko wracają do kraju.


    Następnego dnia musimy się rozstać. Po śniadaniu długo jeszcze rozmawiamy na różne tematy. Po południu zwiedzamy miejscowy kościółek i poznajemy jego historię. Msze odprawiane są tu raz na dwa tygodnie, gdyż dojeżdża tu ksiądz z Irkucka. Sam kościół został zbudowany w 1910r. W czasie minionych lat mimo różnych zawirowań historii zawsze funkcjonował jako świątynia. Był wprawdzie okres, że chciano go zburzyć, ale dzięki wytrwałości i determinacji mieszkańców nie dopuszczono do tego. Uznano to za swego rodzaju cud. Władze rosyjskie nie dały tak łatwo za wygraną i wybudowały w pobliżu kościoła świetlicę, aby go zasłonić. Obecnie kościół jest doskonale widoczny i znajduje się w centrum wsi.
    Po wizycie w kościółku żegnamy się z Ludmiłą, jej mężem oraz mieszkańcami wsi. Przy akompaniamencie harmonii opuszczamy gościnną Wierszynę i wracamy do Irkucka.

Marcin Frąckowiak


1994 - 2007 © Borkow