» Numer 36


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





INNI MAJĄ GORSZE PROBLEMY, czyli eksmisja na pole

    Każdy konflikt toczy się pomiędzy dwoma stronami. W tym wypadku są to państwo Stanisława i Czesław W. (rodzice wyeksmitowanego) oraz Małgorzata i Eugeniusz W. z synami (syn i synowa). Wszyscy mieszkają w Emilianowie. Nienawiść, która zrodziła się w tej rodzinie, początkowo dotyczyła tylko teściowej - p. Stanisławy i jej synowej - p. Małgorzaty. Z czasem w spór ten włączył się p. Eugeniusz i jego ojciec. Ale każdy z nich stanął po stronie swojej żony. Najgorsze jest jednak to, że prawie przez 10 lat przyglądały się temu wszystkiemu dzieci. Pan Eugeniusz jest jedynakiem i zanim ożenił się z p. Małgorzatą, mieszkał ze swoimi rodzicami. Wspólnie, własnymi rękoma zbudowali dom, garaż, stodołę itd. Wszystko było dobrze, ale kiedy w domu pojawiła się druga kobieta, zaczęły się problemy. Pani Stanisława i Małgorzata nie umiały znaleźć wspólnego języka. Kiedy zadałam pytanie - skąd taka nienawiść, p. Małgorzata odpowiedziała: "Nie wiem. Przecież oboje mają rentę. Naszego młodszego syna nastawiała przeciwko nam. Na komunię kupiła mu komputer. Oni mają pieniądze, a my nie. Z pierwszym mężem rozwiodłam się. Starszy syn jest po innym ojcu i już traktowała go inaczej. W sumie chodziło jej o wszystko. Chciała od nas wyłudzić jak najwięcej". Natomiast p. Eugeniusz dodaje: "Żyję na świecie 40 lat i nie słyszałem jeszcze, żeby był dobry zięć albo dobra synowa. Początkowo byłem za rodzicami, ale jak stanąłem w obronie żony, to skończyło się tak, a nie inaczej". Z opowieści p. Eugeniusza dowiedziałam się również, że jego rodzice zamknęli im kotłownię, zakręcili ciepłą wodę, że przez rok mieszkali bez prądu. Pan Eugeniusz razem ze swoją rodziną pozostali bez dachu nad głową i najbliższą noc spędzą w starym wartburgu, na polu. Jednak prawdą jest, że p. Eugeniusz jest właścicielem domu, który przepisała mu w roku 1982 jego babcia. Byliśmy go nawet obejrzeć. Kiedy dziadek p. Eugeniusza umarł, jego żona zamieszkała z rodzicami wyeksmitowanego. Dom stał wolny, więc wprowadził się do niego Jan P. - wuj p. Eugeniusza. Obecnie mieszka w nim żona zmarłego z pięciorgiem dzieci, a p. Eugeniusz mówi, że nie wyrzuci ich na bruk.


    Jedna eksmisja państwa W. miała odbyć się już wcześniej, ale do niej nie doszło. Niestety tym razem nic nie dało się zrobić - p. Eugeniusz i jego rodzina zostali wyeksmitowani. Sąd stanął po stronie państwa Stanisławy i Czesława W. Ich argumenty okazały się silniejsze. Z nimi również postanowiłam porozmawiać. Opowiedzieli mi swoją wersję wydarzeń. Pani Stanisława mówi ze łzami w oczach: "Doszło do tego, ponieważ synowa biła mnie, a także wnuka, którego ojcem jest mój syn. Dominik w tej chwili przebywa u drugiej babci. Staramy się o przyznanie prawa do jego adopcji. Sprawa została skierowana do sądu. Poza tym nie chcieli płacić za prąd, wodę. My musieliśmy zapłacić wszystko. Moja mama również była bita. Na początku syn mnie bronił, ale potem odwrócił się ode mnie. Nie da się tak żyć. Najbardziej chodzi nam o wnuka. Musimy jutro pojechać do sądu, żeby sprawę przyspieszyli - dodaje p. Czesław. Synowa lubi sobie wypić. Ostatnio Dominika tak zbiła paskiem, że nóżki miał całe poprzecinane. To nie pierwsze pobicie. Policja już była wzywana wiele razy. W końcu powiedzieli, że mamy to sami załatwić. I dzisiaj do tego doszło. Jest nam przykro, bo to jedyny syn, ale nie da się tak żyć. Adriana (syna Małgorzaty z pierwszego małżeństwa) nie traktowaliśmy źle. Mąż zawsze woził go do szkoły. Jak leżał w szpitalu, to się nim opiekowaliśmy. Dlaczego go miałam inaczej traktować? Ale synowa nie pozwalała mu się do nas odzywać. Adrian przychodził do nas tylko wtedy, gdy nie było mamy. A jak przyszła do domu, to uciekał, bo się po prostu jej bał. Syn ma swój dom, ale nie chce tam zamieszkać. Wolał wszystko wywieźć na pole. My jako rodzice nie byliśmy nawet na jego ślubie, ponieważ synowa nie chciała. Na komunię Dominika też nas nie zaprosiła. Niestety, synowa w pierwszym małżeństwie żyła tak samo jak teraz. Jest mi żal, że tak się stało. To było niepotrzebne. Ale nie chcieliśmy dłużej tak żyć".
    Postanowiliśmy także sprawdzić, co o tej sprawie sądzą mieszkańcy wioski. Większość z nich nie popierała postępowania państwa Stanisławy i Czesława W. Właściwie podawali tylko jeden argument, że to jest ich jedyny syn i do tego nie powinno dojść.


    Zadziwiający w tej całej aferze jest stoicki spokój i optymizm p. Eugeniusza. Wyeksmitowany mówi: "Tutaj nie ma czego żałować. Tym ludziom Pan Bóg zapłaci, ja nie będę ich sądził. My się tym nie przejmujemy, damy sobie radę. Wierzymy, że są życzliwi ludzie i oni nam pomogą. W ogóle się nie załamuję, ponieważ jeżdżę po Polsce i widzę, że inni mają gorsze problemy. Taka jest wola Pana Boga. Tak miało się stać. Upadki są po to, żeby potem się podnosić. Nie można się poddawać. A dom zawsze się znajdzie."
    Jak w każdej konfliktowej sprawie, tak i w tej wina leży po obu stronach. Sąd wydał postanowienie, ale przecież nie musiało dojść do tak drastycznej sytuacji. Jedno jest pewne - nienawiść, chęć zemsty, złość, która nimi zawładnęła, zniszczyła ich rodzinę. Ale nigdy nie jest za późno, żeby wszystko naprawić. Wystarczy tylko chcieć.

Justyna Krzyżanek
Fot. R. Pala


1994 - 2007 © Borkow