» Numer 34


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





NIE ŻAŁUJĘ NICZEGO - Rozmowa ze STANISŁAWEM BOJSZCZAKIEM

    Od kilkunastu dni jest Pan zasłużonym emerytem. Było uroczyste pożegnanie, kwiaty, prezenty, dyplomy... Pora podsumować te przepracowane lata.
    Uzbierało się tego ponad 40 lat. 1 lipca 1959 r. zacząłem w Ostrzeszowskim Przedsiębiorstwie Przemysłu Terenowego. Potem był FUM, gdzie przepracowałem 35 lat. Tam dosięgnął mnie zawał, po którym odszedłem na rentę. Miałem trzyletnią przerwę. Na ostatnie 8 lat pracy przyszedłem do Urzędu Miasta i Gminy.
    Wobec tego pokrótce wspomnijmy poszczególne miejsca Pańskiej pracy.
    Zaczynałem od gotowania kompotów. Skończyłem ostrowską zawodówkę, byłem tokarzem metalu, jednak nie było pracy w tym zawodzie. Ponieważ byłem młodym, obiecującym piłkarzem, koniecznie chcieli mnie zatrzymać w Ostrzeszowie. Zatrudnili więc w okresie sezonowym w OPPT, w zakładzie spożywczym do gotowania kompotów. Tam przepracowałem lipiec i część sierpnia, skąd trafiłem do zakładu produkującego zatrzaski przy ul. Piastowskiej. Później było wojsko, a po powrocie zacząłem już pracę w FUM-ie - w odlewni, potem w hartowni, po maturze - w dziale głównego mechanika. Do moich zadań należało planowanie i realizacja remontów kapitalnych średnich i bieżących maszyn i urządzeń, których było ponad tysiąc w zakładzie.
    Co z tego, fumowskiego okresu z upływem lat wydaje się Panu szczególnie istotne?
    Dzięki temu zakładowi organizowała się w Ostrzeszowie klasa robotnicza. Z małych zakładzików i ze wsi ludzie trafili do FUM-u. Dwutysięczna załoga niewątpliwe wywierała wpływ na miasto. Temu zakładowi Ostrzeszów zawdzięcza wiele budowli, infrastruktury - choćby samych mieszkań, które FUM wybudował. Było wiele ciekawych inicjatyw, ale cóż - dziś po FUM-ie pozostały tylko wspomnienia.


    To może powspominajmy te miłe i te przykre chwile, wiążące się z tamtym okresem.
    FUM powstał w 1965 r. i wtedy my, młodzi ludzie (bo większość załogi stanowili młodzi) zupełnie innymi oczyma patrzyliśmy, jak powstaje przemysł. Był to entuzjazm tamtych czasów, jeszcze prawie socrealizmu, ale on przede wszystkim dawał pracę wielu ludziom. Ponad 6 tys. osób przewinęło się przez to przedsiębiorstwo, a stała załoga liczyła ok. 1,5 tys. pracowników. Tam ta klasa robotnicza powstawała, dojrzewała jej świadomość, co zaowocowało sierpniem 1980 roku.
    Wtedy też w Pana życiu zaczął się wątek polityczny, owocujący przez wiele lat różnymi zdarzeniami.
    Jest to przypadek, bo nigdy nie miałem inklinacji do polityki. Polityka zawsze mnie mierziła, dzisiaj również. Ale wtedy trzeba było się w nią włączyć, bo taki był czas. Byłem wówczas szefem grupy związkowej, liczącej ok. 150 ludzi. Musiałem reagować. Ludzie przychodzili do mnie, burzyli się przeciw warunkom, jakie wówczas istniały i tak ok. 20 lipca rozpoczął się strajk. Ponieważ zaangażowałem się w ruch solidarnościowy, więc po 16 miesiącach wolności skończyło się to dla mnie internowaniem. Potem pozostałem w tamtych strukturach, choć już mniej oficjalnych. Prowadziło się podziemną konspirację, były kontakty z Ostrowem, Kaliszem, Wrocławiem... I tak do 1989 r.
    Później mógł już Pan oficjalnie być politykiem.
    Wówczas po raz pierwszy i jedyny zostałem radnym. Tamta kadencja była skrócona, dopóki nie powstał właściwy samorząd w 1990 r.
    Jednak z polityki wycofał się Pan, choć nie do końca, bo został Pan urzędnikiem.
    Wycofałem się, bowiem rozpoczęła się "wojna na górze". Odrzucało mnie to, że po plecach ludzi z "Solidarności" różni figuranci zaczęli dochodzić do władzy. Później, po zawale, poszedłem na rentę. Urząd potrzebował pracownika niepełnosprawnego, dzięki temu mógł zakupić sprzęt typu risograf, kserograf. W ten sposób trafiłem na 8 lat do Urzędu. Musiałem się z petenta przekształcić w urzędnika.


    Czy to było łatwe?
    Trudno powiedzieć, na pewno trzeba było się przystosować. Mój zakres czynności obejmował m.in. politykę informacyjną, tzn. musiałem zacząć od ustawiania gablot w dzielnicach. Każda dzielnica otrzymała swoją gablotę. Wychodziły też "Informacje samorządowe", które drukowało się wówczas na powielaczu. Rozchodziły się nie najlepiej. Z ówczesnym sekretarzem Ofierskim udało mi się doprowadzić do tego, że swoją stronę informacyjną mogliśmy zamieszczać w "Czasie Ostrzeszowskim". Uważam to za jedno z większych osiągnięć mojej urzędniczej kariery. Ta informacja mogła już docierać do iluś tysięcy ludzi. Start "Informacji" na łamach "CzO" nastąpił 8 marca 1996r. Odtąd 184 razy ukazywały się one w gazecie. Od początku współtworzyłem tę stronę.
    Innym dokonaniem, które zapewne długo kojarzyć się będzie z Pana osobą, jest archiwum Urzędu Miasta, gdzie rozmawiamy.
    Archiwum istnieje już od 3 lat. W związku z przejściem Urzędu na ogrzewanie gazowe, zlikwidowany został magazyn drewna i węgla, który właśnie tutaj się znajdował. Wszystko zostało wyremontowane, pomalowane, ustawione regały. Archiwum posiada ponad 80 mb akt. Bardzo wiele osób korzysta z niego. Są tu najróżniejsze pisma i dokumenty z urzędów miejskich, a także z powiatu.
    Jednak, jak zauważyłem, w archiwum nie brak też pamiątek, dokumentów i eksponatów odbiegających swą treścią od urzędowych pism.
    Są kąciki poświęcone Ostrzeszowowi. Dużo miejsca zajmują pamiątki po FUM-ie. Są to dokumenty, zdjęcia i wycinki prasowe z tamtych lat. Znalazło się też miejsce dla materiałów dotyczących klubu Victoria. Ponieważ klub nie ma siedziby, więc tutaj zostały zlokalizowane pamiątki, dyplomy, a nawet sztandar ostrzeszowskiego "Piasta". Udało się tutaj umieścić wiele pamiątek poświęconych historii Ziemi Ostrzeszowskiej. Sądzę, że nie tylko mnie, ale i moim następcom przyda się to do wykorzystania, do opisywania tej historii.
    Czy ułożenie poszczególnych materiałów to Pańska koncepcja?
    Archiwum ma swoje prawa. Najpierw musiałem ukończyć kurs w tym zakresie. Jeszcze przedtem zasadniczą robotę zrobili zawodowi archiwiści, ale już uporządkowanie następnych akt i ustawienie całego archiwum wg tzw. spisu spisów, umożliwiających sięgnięcie w każdej chwili po potrzebne dokumenty, to moja koncepcja.
    Gdyby policzyć znajdujące się tu akta, to ile ich może tu być?
    Najlepiej to liczyć w metrach bieżących. Można sobie wyobrazić 80 mb akt ustawionych przy sobie. Na długości jednego metra może się znajdować 20-40 teczek. Łatwo więc policzyć, ile tomów akt jest tu zarchiwizowanych. Mieszczą się tu takie o historycznym już znaczeniu, tzw. kat. A (50 lat przechowywania), a również kat. B (3, 5, 10 lat przechowywania).
    Wspomniał Pan o swoich pasjach. Zaczniemy może od tej sportowej, czyli piłki nożnej.
    Ze sportem związany byłem od wczesnych lat 50-tych, bo cóż miał robić młody chłopak, kiedy nie było motorów, telewizorów, komputerów - tej całej XX-wiecznej cywilizacji. Moim pierwszym trenerem był p. Stanisław Stawski. Klub, w którym wówczas grałem nosił nazwę "Spójnia". Notowałem sobie kolejne mecze i uzyskane wyniki. I tak zostało do dziś. Wszystkie mecze, strzelone bramki są odnotowane. Przeszedłem wszystkie szczeble sportowej kariery - od trampkarza, kapitana drużyny, trenera, wiceprezesa. Wydaje mi się, że ta droga była prawidłowa. Mam nadzieję, że w wolnym czasie emerytalnym uda mi się trochę czasu poświęcić na niedokończone sprawy. Na opisanie historii mojego klubu - Victorii i jego dokonań przez ponad 80 lat istnienia.
    Nie będzie to Pańska pierwsza książka.
    Zgadza się - nie pierwsza, ale najbardziej miła sercu, bo dotycząca bliskich nam zdarzeń i ludzi.
    Nie sposób w tej rozmowie pominąć wątku współpracy z "Czasem Ostrzeszowskim".
    Cały czas interesowała mnie lokalna prasa. Posiadam wszystkie wydawnictwa ostrzeszowskie przed i powojenne, ukazujące się bardzo rzadko. Tak doszło aż do lat 90-tych. Wtedy przy FUM-ie zaczęło wychodzić "Lustro", a potem, gdy powstał "Czas Ostrzeszowski", sam zacząłem pisywać o sporcie i trochę innych historii ostrzeszowskich. Wydawało mi się, że jest to dobra forma przekazania wiadomości aktualnych i historycznych.
    Patrząc trochę z pozycji emeryta, proszę powiedzieć, czego nie udało się Panu zrealizować, czego może Panu żal?
    Nie żałuję niczego. Właściwie, gdybym miał jeszcze raz rozpocząć swoje życie, to chyba robiłbym to samo co dotąd. Nie powiem, żebym miał żal do kogoś czy czegoś. W sumie uważam się za człowieka zadowolonego - i z życia osobistego, i ze swojej pracy zawodowej, i z działalności sportowej, społecznej. Być może mogłem więcej osiągnąć, ale z niektórych rzeczy zrezygnowałem. Znam swoje miejsce w szeregu, wiem, co mogę, a czego nie. Staram się być normalnym człowiekiem, strawnym dla wszystkich, otwartym i wesołym. Wnuki dobrze się zapowiadają...
    Czyli następcy rosną. Czy również im będzie starał się Pan zaszczepić swoje pasje?
    Myślę, że wnukowi wpoję przede wszystkim pasję sportową, a poza tym może i pasję pamiętnikarską, historyczną. Jest to pożyteczna pasja, która przydaje się następnym pokoleniom.
    Myślę, że wnuk ma jeszcze czas na pisanie kronik, ale przypuszczam, że i Pan nie spocznie na emeryturze, lecz pozostanie przy swoich pasjach.
    Ciągle mam na uwadze sprawę ostrzeszowskiej Victorii, a także ruchu solidarnościowo-niepodległościowego w Ostrzeszowie. To te najważniejsze zadania. Być może powrócę też do historii samego Ostrzeszowa, ale widzianej nieco inaczej. Historii opisanej dziejami ciekawych ludzi, którzy zasłużyli się dla naszego miasta, wnieśli coś nowego. Myślę tu o Walerym Gorgolewskim, który poległ pod Monte Cassino, o Janie Malińskim i o wielu innych, których dzieje są często już spisane. Chciałbym to uszeregować, opracować i wydać w formie pisanej, bo to wtedy nie zginie.
    Jak już wspominałem, Ostrzeszów, klub Victoria, FUM, to moje miłości, którym zawsze byłem wierny. Są to bardzo ciekawe rzeczy, które długo jeszcze będą wymagały badań i opracowań.
    Życzę zatem kontynuowania tych pasji i przede wszystkim zdrowia. Wszystkiego dobrego, Panie Stanisławie.

Krzysztof Juszczak


1994 - 2007 © Borkow