» Numer 33


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





W walce o sprawiedliwość - wywiad z Dorotą Smoter

    Przed tygodniem, w artykule pt. "W walce o sprawiedliwość" ukazaliśmy trudną drogę, jaką przeszła Dorota Smoter - narzeczona zamordowanego przez Boliwijczyków w sierpniu ub. r. Dariusza Kowalka, aby doprowadzić do osądzenia i wyegzekwowanie wyroku przez boliwijski wymiar sprawiedliwości. Udało jej się, ale dokonała niemal cudu. Dziś prezentujemy wywiad z Dorotą.

    Jak czujesz się w tym kraju, tak, okazało się, nieprzyjaznym?
    Może to brzmi absurdalnie, ale teraz, w tej chwili czuję się dobrze. Gdy było mi najtrudniej, gdy nie było czasu na leczenie ran, (miałam połamane żebra, szczękę w kilku miejscach, łuk brwiowy, zagrożone oko, i co najmniej 10 ran szytych na głowie, ślady po maczecie, łańcuchach i kamieniach), gdy zostałam bez pomocy ze strony rodziny i "przyjaciół", tutaj, na miejscu znaleźli się ludzie, którzy mi pomogli. Nikt właściwie nie pomagał w sposób ciągły, to był jakby łańcuszek pomocy: ktoś zrobił coś, ktoś inny co innego i tak udało mi się dokonać prawie czegoś niemożliwego. Boliwijczycy mówią mi nieraz, że żyjąc w tym kraju i znając realia - gigantyczna korupcja i bezprawie - nie wierzyli, że w ogóle zapadną jakiekolwiek wyroki w tej sprawie.
    Czy znalazłaś przyjaciół wśród Boliwijczyków?
    To bardzo trudne pytanie. Żyjąc w tym kraju już ponad rok, mam wrażenie, że dla nich nie istnieje przyjaźń w rozumieniu europejskim - oni żyją z dnia na dzień. To jest (jak ja to nazywam) "kultura kłamstwa", kłamią wszyscy. Żona brzydnie, starzeje się, mężczyzna szuka innej; nikt się temu nie dziwi, zmienia się miejsce zamieszkania - wielkie przyjaźnie umierają. Ludzi przyjaznych mi jest dużo, ludzi, którzy mnie podziwiają, jest również wielu, ale co do prawdziwej przyjaźni - to czas pokaże... Ja bardzo doceniam tych, którzy mi bezinteresownie pomagali. Tutaj, jak się jest bez pieniędzy, bez rodziny i jak się jest kobietą, bardzo trudno jest uzyskać pomoc i szacunek.
    Właściwie wśród samych Boliwijczyków nie istnieje pojęcie bezinteresownej pomocy, wszystko odbywa się za przysługi lub w klanach rodzinnych. To są realia, naprzeciw którym musiałam stanąć.
    Gdzie mieszkasz?
    Najpierw byłam u sióstr polskich w Tarija, bardzo troskliwie się mną opiekowały, ale później musiałam nagle opuścić klasztor, w wyniku jakichś sugestii ze strony ich przełożonej z Polski, że - "kościół nie może się mieszać do polityki". Rany były jeszcze świeże i wszystko mnie bardzo bolało -zostałam na lodzie. Wtedy przypomniałam sobie, że w pierwszych dniach w Camargo byli przy mnie Duńczycy, którzy dali mi numer telefonu i zapewnili, że mogę u nich mieszkać. Zadzwoniłam, przyjechali (to ponad 7 godzin jazdy) i zamieszkałam u nich.
    W kwietniu, właściwie przed samym procesem, Duńczycy, w wyniku gróźb, zaczęli się bać o swoje życie i ponownie zostałam na lodzie. Mój adwokat - uczciwy człowiek, który już od jakiegoś czasu kategorycznie odmawia przyjęcia honorarium, bo wie, że nie mam pieniędzy, pomógł mi znaleźć pokój przy rodzinie pochodzenia hiszpańskiego. Dobrze mi się tam mieszkało, mili ludzie, zarówno właściciele, jak i inni wynajmujący pokoje. Jednak nie było to całkiem bezpieczne miejsce, gdyż dom był zawsze otwarty. Sędziowie z Camargo, chcąc się mnie pozbyć i uniemożliwić apelację, pozbawili mnie możliwości mieszkania tam. W tym samym dniu, gdy znowu zostałam bez dachu nad głową, spotkałam Marinę- Boliwijkę z La Paz, która pracuje w projekcie amerykańskim. Zamieszkałam u niej - w Camargo - mam swój pokój i nie muszę nic płacić. Teraz jest mi najlepiej. Dom jest zamknięty, w środku ma zielone patio i nikt oprócz Mariny i jej rodziny nie ma klucza. I wreszcie mam co jeść. Uczę ją i jej męża angielskiego, mogę pracować na komputerze. Czuję się tu w miarę bezpiecznie. Nie jest tak, że żyję w strachu - bojąc się, nie mogłabym prowadzić procesu. Po prostu zdaję sobie sprawę z realiów i nie mam zamiaru dać się zabić.
    Czy są z Tobą jacyś Polacy?
    W Boliwii są polskie siostry w Tarija (7 godzin jazdy z Camargo), polscy zakonnicy w Sucre (7 godzin jazdy z Camargo), zakonnicy w La Paz ( 24 godziny jazdy z Camargo) - zatrzymuję się u nich, jeśli muszę coś załatwić w którymś z tych miast.
    Co chciałabyś przekazać osobom wyjeżdżającym do Boliwii?
    Kraj obecnie jest ogarnięty serią protestów, które przejawiają się blokadami dróg przez okolicznych wieśniaków, co znacznie utrudnia życie. Samochody są niszczone, giną ludzie. Jestem obecnie w La Paz i nawet tutaj nie widuje się turystów.
    Czy utrzymujesz kontakt z rodzicami lub bratem Darka w Ostrzeszowie?
    Rodzice Darka nie odezwali się do mnie. Brat początkowo tak, ale później zabrał komputer z akademika.
    Czy chciałabyś im coś powiedzieć?
    Nie sądzę, żeby kiedykolwiek byli zainteresowani tym, co robię i co się ze mną dzieje. Chociaż przecież wiedzieli, że z Darkiem byliśmy razem od siedmiu lat.
    Czy nie jesteś zmęczona tą niemal roczną walką o sprawiedliwość?
    Nie. To trzeba zrobić i ja wiem, że nikt inny tego nie zrobi. Nie zastanawiam się, czy mnie to męczy, czy nie; nie ma na to czasu.
    Jakie są Twoje plany na przyszłość?
    1. Nie dać się zabić.
    - Wygrana apelacja w Sądzie Najwyższym wiąże się z wyciągnięciem sankcji wobec sędziów z Camargo, a temu jestem winna ja i na mnie się skupi złość sędziów. Jeśli mi się coś stanie, sędziowie będą czyści, a wina i tak spadnie na wieśniaków.
    - Rodziny skazanych mieszkają w Camargo - teraz, po wygranej apelacji wiadomo, że z więzienia w Potosi skazani nie uciekną. Kilkakrotnie mi już grozili.
    2. Doktorat i projekt parku dla dzieci z Tarija.
    - Od początku czerwca wzięłam się intensywnie za zbieranie materiałów do doktoratu, przez ten rok w wolnych chwilach obmyślam moją pracę doktorską; teraz wprowadzam to w czyn i bardzo mnie to cieszy, może również i dlatego, że wreszcie rozmawiam z ludźmi na jakieś inne tematy.
    - Chcę też rzucić okiem na realizację parku dla dzieci mojego projektu dla domu dziecka  w Tarija, który prowadzą polskie siostry. Pomogły mi bardzo na początku, dzięki nim uratowałam oko i zęby, a teraz ja chcę coś zrobić dla nich i dla dzieciaków.
    3. Bilet do domu.
    - Muszę też zarobić pieniądze na bilet do Polski. Ostatnio otrzymałam propozycje zaprojektowania terenów rekreacyjnych. Myślę, że to mi pomoże finansowo i zawodowo. Ale wszystko w dalszym ciągu musi być podporządkowane doprowadzeniu procesu do końca. To, że jest wyrok, nie znaczy, że łatwo go będzie wprowadzić w życie i że łatwo będzie przeżyć. Jednak mam zamiar zrobić i jedno, i drugie.

    Życzę powodzenia i wytrwałości. Dziękuję za czas, jaki poświęciłaś gazecie, która ukazuje się w mieście Darka.

    Wszystkim, którzy chcieliby pomóc Dorocie, jeszcze raz podajemy numer konta, na który można wpłacać pieniądze:
    Centrum Wolontariatu we Wrocławiu Kredyt Bank S.A. o/Wrocław 15001793-121790039978 z dopiskiem "dla Doroty Smoter";
    Listy do Doroty można przekazać na adres redakcji: ul. św. Mikołaja 16; e-mail: czas@czas.ostrzeszow.pl.

    Programowi "Superwizjer" - TVN jeszcze raz dziękuję za udostępnienie zdjęć.

J. Szmatuła


1994 - 2007 © Borkow