» Numer 32


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





CZĘSTO MAM SNY O OSTRZESZOWIE

Rozmowa z WOJCIECHEM LINKOWSKIM - Polakiem, ostrzeszowianinem mieszkającym w Ameryce, naukowcem pracującym nad ludzkim genomem.


    Proszę opowiedzieć o początkach swojego pobytu w Ameryce.
    Wyjechałem do Ameryki 11 lat temu. Wraz z rodziną przebywałem tam w kilku stanach. Wyjeżdżałem do Nowego Jorku, przez pewien czas mieszkałem w Utah, a potem przeprowadziłem się do Kalifornii. W 1998 rozpocząłem pracę na Uniwersytecie w Berkeley w Kalifornii, w Instytucie Genetyki.
    Czy przyjeżdżając do Ameryki od razu rozpoczął Pan poważną pracę naukową?
    Jeszcze będąc w Polsce zaznajomiłem się z profesorem UAM, który przede mną wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Utrzymywałem z nim kontakt i po przyjeździe do USA nawiązaliśmy współpracę. Ale było to jeszcze przed pracą w Instytucie. Później nasze drogi się rozeszły. Od 1998 r. rozpoczęła się moja przygoda z Instytutem Genetyki. Instytut stanowi część Uniwersytetu w Berkeley, a oprócz tego jesteśmy sponsorowani przez jedno z ministerstw, czyli praktycznie pracujemy dla rządu amerykańskiego. W 1990 r. rząd amerykański postanawia zrealizować wielki projekt zsekwencjonowania ludzkiego genomu. Do tego fantastycznego pomysłu Amerykanie chcą włączyć naukowców z całego świata. Bardziej liczące się ekonomicznie państwa odpowiedziały pozytywnie na propozycję. Powstało wiele ośrodków współpracy, ale ponieważ koszty przekraczały wyobrażenia pomysłodawców, część państw zrezygnowała, inne zaś utrzymały współpracę w symbolicznej formie. Można powiedzieć, że ośrodki naukowe w USA stanowiły 80% przedsięwzięcia, zaś reszta państw, z których największy udział ma Wielka Brytania, stanowiły 20%.
    O pracach naukowców amerykańskich z Pańskim udziałem, nad genomem ludzkim, dowiedzieliśmy się przed kilku laty. Proszę powiedzieć, na czym polega sukces przez Was osiągnięty?
    Genom to zbiór wszystkich genów organizmu, w tym przypadku człowieka. Geny natomiast to fragmenty kwasu DNA leżące na chromosomach, których są 23 pary i stanowią one cześć składową naszych komórek. DNA składa się z jeszcze mniejszych elementów monomerów, tzw. nukleotydów, których mamy 4. Określamy je potocznie A,C,G,T. Funkcja genu polega na przechowywaniu dziedzicznej informacji i kodowaniu przede wszystkim białek, które pod postacią strukturalną lub funkcjonalną (enzymy) kierują naszym organizmem. Pomiędzy genami na chromosomach znajdują się jeszcze krótsze lub dłuższe fragmenty DNA - bezfunkcyjne lub o nieznanej nam na razie funkcji tzw. junk DNA. Nasza zasługa to ustalenie kolejności (sekwencji) nukleotydów na wszystkich 23 ludzkich chromosomach i pośrednio znalezienie fragmentów kodujących białka, czyli genów.
    Początkowo naukowcy podejrzewali, że tych genów może być od 140 do 180 tysięcy. Jeszcze niedawno przewidywano ich liczbę na ok. 60-80 tysięcy. Obecnie już wiemy, że genów w naszym genomie jest znacznie mniej - około 30 tysięcy.
    Czy dokonanie tego ustalenia ma rzeczywiście takie epokowe znaczenie, komu może się przydać?
    Twierdzi się, że być może jest to największe osiągnięcie we współczesnej nauce. Niektórzy uważają, że będzie ono niepodważalne przez następne sto lat. W biologii, fizyce, chemii nie było większego wydarzenia, dlatego że stanowi ono podstawę wszelkich następnych badań. Instytuty, które brały udział w sekwencjonowaniu, m.in. nasz, napisały jak gdyby alfabet, z którego teraz będą wszyscy korzystać. Dane te są opublikowane i dostępne bezpłatnie dla wszystkich naukowych środowisk na świecie. Jest to wielkie ułatwienie dla szczegółowych badań nad pewnymi chorobami. Głównym beneficjentem tego będzie medycyna, ale skorzysta także rolnictwo. Lepsze poznanie genomu ludzkiego umożliwi zapobieżenie niektórym chorobom.


    Czy nie obawia się Pan, że płynące z takich odkryć możliwości mogą zostać wykorzystane do jakichś genetycznych manipulacji, stać się źródłem zagrożeń dla człowieka?
    Są to problemy etyczne, moralne, socjalne, nieobce wszystkim pracownikom naukowym. Jednakże badania, które przeprowadzamy, nie mają bezpośredniego związku z medycyną genetyczną. Jest to niejako alfabet, który może pomóc w wykryciu jakichś genetycznych chorób. I tu zaczynają się moralne problemy - czy wolno ingerować w ludzkie życie, czy sama wiedza nam na to zezwala? Weźmy taki przykład: Młody, wykształcony człowiek ubiega się o pracę. Pracodawca każe wykonać mu test genetyczny, z którego wynika, że w najbliższych latach rozwinie się u niego jakaś choroba, przez co będzie coraz częściej opuszczał pracę. Mogą to być również zaburzenia nerwowe. Ktoś taki nie będzie mógł znaleźć pracy. To może być wielki, społeczny i moralny problem. W gronie naukowców jest wielu przeciwników nadmiernego wykorzystywania wyników badań. Również dlatego, że wciąż są one niedoskonałe, niewykluczające pomyłki.
    Z tego co wiem, badania ludzkiego genomu dobiegły końca. Co teraz?
    Zakończyliśmy je dwa lata wcześniej niż to było planowane. Obchodzono to hucznie, szczególnie w kwietniu, bowiem zbiegło się to z 50-tą rocznicą zaproponowania przez Watsona i Criga modelu DNA. Zresztą obaj otrzymali za to Nobla. Prace nad genomem ludzkim dobiegły końca, ale są inne organizmy, bardzo ważne dla człowieka, jak np. mikroorganizmy. W pełni sekwencjonowanych organizmów dotąd jest niewiele, za to niemała grupa czeka na swoją kolej.
    Czy wy, naukowcy pracujący nad genomem, gdzieś w głębi duszy nie marzycie także o wyróżnieniu Nagrodą Nobla?
    Tak, ale Nagrodę Nobla dostaje jedna lub dwie osoby, mające wybitne osiągnięcia naukowe. Może więc ona dotyczyć naszego szefa, Collinsa. Ale to nie musi stać się od razu. Wiele Nagród Nobla było już związanych z genetyką molekularną za osiagniecia sprzed wielu lat.
    Jak wielki zespół pracował przy zakończonych badaniach?
    Przypuszczam, że na naszym Uniwersytecie zajmowało się tym nie więcej niż 120-130 osób, a nad całym projektem - kilka tysięcy (USA i świat). Warto dodać, że przy badaniach pracują nie tylko biolodzy (genetycy, zoolodzy, mikrobiolodzy), ale także grupy elektroników, fizyków, inżynierów. Trzeba też zauważyć, że tego typu badania pozytywnie oddziaływają na rozwój gospodarki. Może w Polsce jeszcze tego nie widać, ale biotechnologia stanowi w USA znaczącą gałąź przemysłu, w którą rząd amerykański pompuje dużo pieniędzy.
    Odejdźmy od spraw naukowych. Proszę powiedzieć, jak wygląda Pańskie życie w USA?
    Zawsze kochałem ptaki. W Ostrzeszowie każdą wolną chwilę spędzałem w lesie, nad wodami, na łąkach, obserwując ptaki. To doprowadziło mnie do początków całej kariery biologicznej, gdyż studiowałem ekologię, zoologię, a ściślej ornitologię. Jest to dla mnie więcej niż hobby, bowiem zostałem zawodowym ornitologiem. To zamiłowanie pozostało. Często biorę rodzinę, samochód, lornetkę i jedziemy w atrakcyjne miejsca obserwować ptaki. Drugą moją pasją jest sport, a szczególnie badminton, który w Polsce jest znaną formą rekreacyjną. W Stanach ma on również wyczynowy charakter. Reprezentuję nasz Uniwersytet na wielu turniejach. W deblu grywam z moim starszym synem.
    Wspomniał Pan o synu, proszę zatem przedstawić nam całą swoją rodzinę.
    Jesteśmy w czwórkę - żona, dwóch synów i ja. Starszy syn ma 16 lat, chodzi do liceum, natomiast młodszy niedawno obchodził 11 urodziny i teraz rozpocznie naukę w gimnazjum. Żona jest nauczycielką. Dużo czasu spędzamy w gronie rodzinnym, chodząc na spacery, do kina. Prowadzimy jak najbardziej normalne życie. Mieszkamy w Kalifornii, lecz w jej północnej części, która jest trochę inna niż ta, kojarzona ze słońcem. Jest więcej deszczy, chłodnego okresu. Zimą wystarczy godzina jazdy samochodem i jesteśmy pośród śniegów. Sama Kalifornia jest piękna, ma wiele wspaniałych przyrodniczo obszarów.


    Czy w Polsce jest Pan częstym gościem?
    Nie jestem, ale to wszystko jest względne. Zaraz po wyjeździe rok wydawał mi się nieskończonością. To jest moja druga wizyta w Polsce. Od poprzedniego razu minęło siedem lat - sporo i niewiele. Czasami czas szybko biegnie.
    Jednakże jest to okres mogący powodować pewne refleksje, porównania.
    Dla kogoś, kto nie był tutaj siedem lat, zmiany są kolosalne. Rozumiem, że ludzie tu mieszkający widzą jedynie zmiany ewolucyjne, drobne. Nawet nie zauważają, że coś jest, czego kiedyś nie było i nie uważają tego za sukces. Przed siedmiu laty było np. tylko parę bankomatów i to w dużych miastach. W Ostrzeszowie prawdopodobnie nie było żadnego. W tej chwili jest ich wiele. Komórkowe telefony nie istniały zupełnie, obecnie są bardzo rozpowszechnione. Jest dostępność do wielu artykułów przedtem nieosiągalnych. Siedzimy w tej chwili w parku, który nie istniał w takim kształcie, są nowe ławeczki, lampy. Wielu ludzi prowadzi biznes... Ale oczywiście są też problemy.
    Jakie miejsca szczególnie serdecznie Pan wspomina i chciałby, aby nie uległy wpływom czasu?
    Miejsca, które chciałbym widzieć niezmienione, właściwie takie są. Kocham przyrodę i architekturę, lubię stare budowle - kościoły, zamki. To moje kolejne wielkie hobby. Lubię spędzać czas w okolicy starych zamków, wejść do wspaniałego kościoła, wtopić się w jego ciszę, czuć Boga. W Ostrzeszowie takie miejsce to fara, klasztor... Zawsze lubiłem spędzać czas w lesie klasztornym. Gdy tylko przybywam do Ostrzeszowa, zaraz wybieram się do lasu. Jest to miejsce, gdzie odpoczywam, gdzie jestem sam na sam z przyrodą. Większość tych rzeczy się nie zmienia. Cały czas jest Baszta, fara i klasztor. Miejmy nadzieję, że tak będzie zawsze. Zmienia się niestety las klasztorny, który jest coraz bardziej zaśmiecany. Widocznie koszty wywożenia śmieci są tak wielkie, że ludzie w ten sposób postępują i dewastują przyrodę. Jest to smutne, ale ufam, że to się skończy i las znów będzie piękną oazą dla ostrzeszowiaków. Powinniśmy się cieszyć, że mamy ten las i dużo zieleni w mieście i w okolicy. Piękny jest Ostrzeszów, naprawdę piękny.
    Czy będąc w Ostrzeszowie ma Pan czas odwiedzić przyjaciół z dawnych lat?
    Mam tu przyjaciół i z przedszkola, i ze szkół. Ale i w późniejszym okresie, gdy pracowałem jako nauczyciel, poznałem wiele osób, które zostały moimi serdecznymi przyjaciółmi. Jest ich wielu i niemal co dzień mam okazję spotkać się z kimś i powspominać.
    Lubi Pan powracać do wspomnień?
    Lubię i to nie tylko do tych związanych z bliskimi ludźmi. Miejsca są również dla mnie ważne. Przebywając w jakimś miejscu, przypominam sobie zdarzenie, np. sprzed 15 lat. Bardzo często mam sny o Ostrzeszowie.
    Czy będąc w Ameryce, osiągając tam pewien status, wciąż czuje się Pan bardziej Polakiem?
    Jestem Polakiem w Ameryce. Nie uważam się za zamerykanizowanego Polaka, nie jestem też Amerykaninem pochodzenia polskiego. Jestem Polakiem z Wielkopolski, z Ostrzeszowa. Nigdy nie zostanę kimś innym, będę ciągle Polakiem i to mogę zagwarantować. Podejrzewam, że cała moja rodzina myśli w ten sam sposób. Jesteśmy bardzo propolscy, kochamy Polskę pod każdym względem. Nieważne, jakie są polityczne zawieruchy czy ekonomiczne problemy. My chcemy być i jesteśmy Polakami mieszkającymi w Ameryce. Wszyscy urodziliśmy się w Polsce i w domu mówimy ojczystym językiem.
    Siedzimy naprzeciw szkoły podstawowej, do której Pan chodził. Czy i z tym miejscem wiążą się jakieś wspomnienia?
    Był to miły okres ośmioletniej szkoły. Tutaj rozpocząłem swoją przygodę z ptakami. Często, wracając do domu, przechodziłem przez park. Pamiętam jeden dzień zimowy, kiedy idąc z kolegami zauważyliśmy skaczące na śniegu ptaki. Wszyscy poszli dalej, tylko ja z kolegą wpatrywaliśmy się w nie i potem już zawsze ptaki obserwowaliśmy. W tej szkole rozpocząłem również swoją przygodę sportową, jeżdżenie na obozy itd. Był również wątek harcerski, bardzo ważny w moim życiu. Harcerstwo przybliżyło mi kontakt z przyrodą. Szczególnie miło wspominam harcerstwo późniejsze, gdy będąc już w LO jeździliśmy w atrakcyjne miejsca. Naszym komendantem był dh Stawski, wspaniały człowiek, który prowadził nas w prawym kierunku. Szlifował nasze charaktery, za co jesteśmy mu wdzięczni. Później byłem nauczycielem w LO, ale również w tej szkole podstawowej. Patrząc więc na ten budynek, wspominam swoją młodość, a zarazem nieco późniejsze lata. Będąc tak krótko w Ostrzeszowie prawdopodobnie odwiedziłem więcej miejsc niż gdybym tu mieszkał. Jednakże wielu kolegów i znajomych nie udało mi się spotkać. Korzystając z okazji chciałbym ich pozdrowić. Pozdrawiam też wszystkich czytelników "Czasu Ostrzeszowskiego". Jestem sercem z wszystkimi ostrzeszowiakami.

K. Juszczak


1994 - 2007 © Borkow