» Numer 29


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





Runął na dach domu

    Chwile grozy przeżyła lokatorka mieszkania znajdującego się w tym samym budynku, co Ewangelicki Dom Parafialny w Ostrzeszowie przy ul. Zamkowej.
    Krótko po dwunastej w nocy (z 12/13 lipca) usłyszała potężny huk.


    "Łomot był tak ogromny, że zerwałam się na równe nogi i podbiegłam do okna, sądząc, że to taki wielki grzmot. Dom aż cały drżał " - relacjonuje mieszkanka.
    Policjanci - sierżant sztabowy Maciej Nowicki i starszy posterunkowy Łukasz Wróbel na chwilę wrócili z patrolu do komendy.
    "Było dwadzieścia minut po północy. Wiał wiatr i padał deszcz. Kiedy wyszliśmy z samochodu, nagle usłyszeliśmy straszny huk - mówi sierżant Maciej Nowicki. Myśleliśmy, że zawaliła się wieża kościoła. Było słychać trzask spadających dachówek. Pobiegliśmy zobaczyć, co się stało. Obiegliśmy cały teren i, świecąc latarkami, zobaczyliśmy ten olbrzymi konar dębu na dachu i drugi, nadłamany. Dołączył do nas ksiądz proboszcz Z. Sobierajski, który również mocno zaniepokojony wyszedł zobaczyć, co się stało. Powiadomiliśmy dyżurnego i osobiście zadzwoniłem do straży pożarnej. Sprawdziliśmy, czy nie ma kogoś w pobliżu i czy ktoś nie zostawił tu samochodu. Razem ze strażakami zabezpieczyliśmy teren. W ciągu nocy co jakiś czas sprawdzaliśmy to miejsce".
    Potężny konar starego, pięknego dębu, rosnącego tam od wielu pokoleń, zwalił się na dach domu. To on, upadając, wydał ten potężny huk jak jęk powalanego olbrzyma.


    Oceniono rozmiar zagrożenia i podjęto decyzję, aby w niedzielę rano rozpocząć usuwanie olbrzymiego konaru.
    "Około 10.30 zaczęliśmy przygotowywać sprzęt, by zabrać się do usuwania zagrożenia. Wtedy powiadomiono nas, że na Zamkowej, paręset metrów dalej, pali się. Dojazd do miejsca zabrał nam właściwie chwilę. Kiedy uporaliśmy się z tamtym małym pożarem, wróciliśmy tu, by rozpocząć akcję. Jedna z gałęzi zwaliła się na dach, druga, do połowy pęknięta przy samym pniu, mogła zwalić się w każdej chwili i uderzyć w dach, niszcząc go. Było to tym bardziej prawdopodobne, że meteorolodzy zapowiadali dalsze wiatry i deszcze. Trzeba było usunąć to zagrożenie."- mówi starszy ogniomistrz Mariusz Błoch. To on podejmuje decyzję o odcięciu drugiej, niebezpiecznie nadłamanej gałęzi. Ta leżąca na dachu budynku jest tak ogromna, że nawet specjalny dźwig sprowadzony z Kępna nie da jej rady. Nie podejmują nawet próby jej usunięcia. Jest zbyt potężna, potrzebuje jeszcze cięższego sprzętu. Ona nie zagraża bezpieczeństwu, opiera się na dachu i będzie tam przynajmniej do poniedziałku.
    Przystępują do pracy, chcą odciąć drugą gałąź.
    W budynku, gdzie mieści się kaplica, trwa nabożeństwo, chodnikiem obok przechodzą ludzie zmierzający do kościoła Chrystusa Króla. Spoglądają w górę, chcą wiedzieć, co się dzieje.
    Mijają długie minuty...


    Nabożeństwo w kaplicy ewangelickiej dobiega końca, ludzie nie odchodzą, przyglądają się trudnej operacji. Kończy się też msza w kościele, wierni wracają do domów, a następni idą na kolejną mszę. Wszyscy są ciekawi, co się stało.
    Wilhelm Bąk - kurator parafii kępińskiej Kościoła Ewangelicko - Augsburskiego od początku czuwa przy robotach, od rana towarzyszy strażakom. Teraz też przygląda się ich pracy.
    Są na górze, operator dźwigu z Kępna ogniomistrz Sławomir Szczepaniak z niesamowitą precyzją i ostrożnością naprowadza platformę w miejsce, gdzie starszy sekcyjny - Przemysław Duszara i ogniomistrz Ryszard Langner obcinają gałąź po gałęzi. Warkot piły przeplata się ze słowami kapłana: "Panie, zmiłuj się nad nami". Strażacy wciągają ogromne kloce na platformę, a potem powoli zjeżdżają w dół, by na odpowiedniej wysokości zrzucić je w bezpieczne miejsce. Za każdym razem ziemia aż drży od ciężaru. Na dole starszy ogniomistrz Wiesław Kępa czuwa z radiostacją. Wreszcie ostatni kawał ogromnej gałęzi runął na ziemię. Już nie zagraża nikomu.
    Obaj strażacy wylali dziś dużo potu, widziałem, jak tam, na górze, pełni skupienia i skoncentrowani do maksimum, wzajemnie sobie pomagali, asekurowali się. Chwila nieuwagi i mogli przypłacić nawet utratą życia. Mogą wrócić do domu, ale to nie koniec akcji. Jutro, w poniedziałek, czeka ich jeszcze trudniejsze zadanie. Za pomocą ciężkiego dźwigu będą usuwać konar, który ciągle pozostaje na dachu.
    O tym napiszemy za tydzień.

S. Szmatuła


1994 - 2007 © Borkow