» Numer 28


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





MOŻE JESTEM CZARODZIEJEM?

   W dniach 20 - 25 czerwca Rafał Przybył i jego ekipa kręcili w Wyszanowie, Wieruszowie i w okolicy zdjęcia do filmu "Sprzątaczka". Uczestniczyliśmy w tym twórczym dziele, o czym pisaliśmy przed tygodniem. Dziś rozmowa z odtwórcą jednej z głównych ról - HENRYKIEM GOŁĘBIEWSKIM.



Jak się Panu tutaj, w Wyszanowie podoba?
   W każdej miejscowości czuję się jak u siebie. Ale muszę powiedzieć, że zostałem przyjęty tu szczerze. Czasami gdzie indziej ludzie bywają trochę dokuczliwi, a tutaj są bardzo grzeczni, normalni, nie robią sensacji wokół nas. Taka sytuacja trafia się jak igła w stogu siana.
"Edi", w którym zagrał Pan ostatnio tytułową rolę, zebrał ciepłe recenzje kinomanów. Co Pan powie na temat tego filmu?
   To było coś cudownego. Tam, niezależnie od tego jaką kto pełnił funkcję - czy był aktorem, czy wózkarzem - jeden drugiemu pomagał. Z nudów człowiek ima się głupstw. Gdy ma coś do roboty, to nie myśli o głupotach. Tam wszyscy spontanicznie współpracowaliśmy ze sobą. Mówię o tym, bo chcę powiedzieć, że i tutaj na planie u Rafała jest podobnie. Atmosfera jest wspaniała. Nie wiem, może jestem czarodziejem, bo tam gdzie gram, gdzie się pojawiam, jest piękna atmosfera.
Najwidoczniej potrafi Pan wyczarować wokół siebie dobry klimat?
   Chciałbym być czarodziejem, ale raczej nie jestem, nie mam też aureoli.
Czy po zagraniu w "Edim" odczuł Pan większą popularność?
   Nie, absolutnie. Rola w "Edim" sprawiła, że powróciłem do zawodu aktorskiego i mam nadzieję, że teraz nie będzie dwudziestoletniej przerwy w występowaniu w filmach. Miałem tę przerwę od 1977r. Powróciłem dzięki Jurkowi Gudejce, prowadzącemu agencję aktorską.
Wielu pamięta Pana z filmów dla młodzieży "Wakacje z duchami", "Podróż za jeden uśmiech"…
   W ogóle wylansował mnie Janusz Nasfeter, który nagrywał filmy dziecięce. Trafiłem na ekran poprzez eliminacje prosto z podwórka, razem z innymi chłopakami. Zauważył mnie Stanisław Jędryka i zaproponował występ w "Wakacjach z duchami", później w "Podróży za jeden uśmiech", "Stawiam na Tolka Banana".
Jak Pan wspomina tamte, młodzieńcze filmy?
   To były piękne czasy. Z początku to była zabawa. Tak jak bawiłem się na podwórku, tak też bawiłem się w film. Taki byłem i grałem siebie, ale granie siebie przed kamerą też w jakimś stopniu jest "sztukowaniem". Człowiek nie jest w pełni zadowolony z tego, co robi. Nawet jako młody chłopak oglądając swoje filmy, zawsze mówiłem: "A mogłem zagrać inaczej". Teraz omijam to, co grałem, bo nie chcę się zastanawiać - lepiej czy gorzej?
Jednak po latach wrócił Pan do zabawy w film.
   Teraz to już nie jest zabawa, zadania są o wiele trudniejsze. Przedtem reżyserzy brali na tzw. czuja, teraz patrzą w monitor i natychmiast wytykają popełnione błędy. Trzeba więcej się uczyć, ale jakoś daję sobie radę.
Który z tych dziecięcych filmów lubi Pan najbardziej?
   "Podróż za jeden uśmiech". Można go traktować nawet jako psychologiczny. Dwóch młodych ludzi pochodzących z różnych rodzin: jeden laluś, drugi urwisowaty, odnajduje wspólny język. Zawsze można coś zrobić, by drugiemu pomóc. Zresztą w niektórych sytuacjach Duduś pomagał Poldkowi, czyli mnie.
Kilka lat później urwała się Pańska przygoda z filmem.
   Wtedy nie było castingów, nie było agencji aktorskich… Ale nie żałuję nawet jednej minuty. Powróciłem równo po 20 latach.


I co Pan robił przez ten czas?
   Z czegoś trzeba było żyć, a praca uszlachetnia człowieka. Gdzie robota, tam ja. Nie wstydziłem się pracy i nie wstydzę do tej pory. Trzeba z czegoś żyć, a że nie potrafiłem kraść, to musiałem pracować. Byłem ślusarzem narzędziowym, bo to jest mój zawód wyuczony, pracowałem w grupie remontowo-budowlanej jako malarz, stolarz, hydraulik. Pracowałem też w energetyce. Po prostu - złota rączka.
Wciąż jednak ciągnęło Pana do filmu.
   Tak, jak nie zapomina się jazdy na rowerze, tak samo trudno zapomnieć o czymś pięknym. Przyznam, że myślałem, iż to się skończyło, czas leczy rany. Wtedy spotkał mnie Jurek Gudejko i spytał, czy zechciałbym grać w filmie. Od razu powiedziałem "tak". Trafiłem do jego agencji. Tam znalazła mnie Iza Cywińska i wybrała do swojego filmu "Boża podszewka". Była pierwszą kobietą, która podała mi pomocną dłoń.
Potem posypały się następne role.
   Idąc na casting do Piotra Trzaskalskiego, który kręcił "Ediego", spodziewałem się, że dostanę jakiś epizodzik, a nie główną rolę.
Nie lękał się Pan tego wyzwania?
   Czego miałem się bać, przecież klapsa mi nie dadzą. Jeżeli nie pójdę, to się nie dowiem, a później mógłbym żałować.
Co Pana szczególnie w tej roli zafrapowało?
   Jak tylko dostałem scenariusz wiedziałem, że to dobry film. Wdzięczny jestem Piotrkowi Trzaskalskiemu, że uwierzył we mnie. Myślę, że odpłaciłem mu za tę wiarę.
A jak spotkał się Pan z Rafałem Przybyłem?
   To dzięki Jędrzejowi Niestrojowi - operatorowi, który też był w szkole Wajdy.
Czy gra w tym filmie daje Panu satysfakcję?
   Zawsze jest to wyzwanie. Nie jestem drugim Himilsbachem i nie chciałbym być. Film Rafała pokazuje, jak tragedia zmienia, jak może wepchnąć go w alkoholizm. Dziecko sprawia jednak, że wychodzę z tego, staję się innym człowiekiem, bo mam dla kogo żyć.
Czy są role wymarzone przez Pana?
   Uważam, że trzeba próbować wszystkiego, bo tak do końca się nie wie. A jeżeli spróbujesz, może się to okazać czymś fantastycznym, co widzowie będą kochali, uwielbiali i szli po autografy.
Z tego wniosek, że będzie Pan dalej próbował.
   Oczywiście chciałbym, ale to nie zależy tylko ode mnie, a od reżyserów, producentów...
Z kim chciałby Pan szczególnie zagrać?
   Wszyscy polscy aktorzy są cudowni, ale ja jestem fanem Janusza Gajosa. Zaimponowała mi jego rola w teatrze TV "Igraszki z diabłem". A odpowiadając na pytanie, to już z nim grałem w filmie "Wakacje z duchami". Jest bardzo sympatycznym człowiekiem. Ale wielu aktorów, choćby także Kondrat, to ludzie z krwi i kości, którzy kochają drugiego człowieka. To jest cudowne.

Krzysztof Juszczak


1994 - 2007 © Borkow