» Numer 27


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





ANI PRACY, ANI PŁACY, ANI WŁAŚCICIELA

    Plany były świetlane. Miał tu powstać nowoczesny zakład transportu, handlu i usług, w którym miała być prowadzona naprawa maszyn i urządzeń budowlanych. Już sam błękitny szyld z nazwą firmy: "ZBYCH-BUD", umieszczony przy wjeździe w ul. Składową, wabił klientów. Zakład miał prosperować i rozwijać swą działalność i, co ważne - zatrudniać coraz więcej osób. Skończyło się na pięciu. Najmowali się pełni nadziei na poprawę swego bytu. Po dwóch miesiącach są zawiedzeni, rozgoryczeni. Czują się oszukani przez szefa i pozostawieni własnemu losowi przez urzędników.
    Pracę rozpoczęli 22 kwietnia. Ich szef - Zbigniew S. sprawiał wrażenie znającego się na rzeczy biznesmena. Od Spółdzielni Transportu Wiejskiego wynajął pomieszczenia, które przez pierwsze dwa tygodnie przysposobiono do prowadzenia właściwych prac. Pan S. interesował się przebiegiem robót. Przyjeżdżał tu z Wrocławia trzy razy w tygodniu, doglądał, mówił o planach. Zaraz po Wielkanocy miały przyjść do naprawy dwie "ostrówki" i sortownik dla wrocławskiej komunalki. Ujął też pracowników, gdy wypowiadał się o wynagrodzeniu: "Wypłata, to u mnie święta rzecz - mówił. Na wszystko może zabraknąć, ale nie na pensję". Obiecał nawet, że będą dostawać ją dzień wcześniej niż wrocławianie. Zaskoczeniem było więc dla nich, gdy 9 maja nie dostali obiecanych pieniędzy. Nie dostali ich też 10, 11 ani w żaden kolejny dzień. "Będą jutro" - to odpowiedź, którą raczeni byli przez pełnomocnika szefa - Adama B. Gdy przyszło do wypłat, właściciela firmy już nie było. Od połowy maja nikt z pracowników już go nie widział. Rozpłynął się. Z rzadka tylko można było przez telefon usłyszeć kolejną obietnicę. Ostatnio dzwonił z Wrocławia przed dwoma tygodniami, mówiąc, że już wyjeżdża.
    Powróciły nadzieje. Zgasły wraz z wieczornym telefonem od szefa… z Niemiec. Pewnie pomyliły mu się kierunki - mówi jeden z zatrudnionych.


    Kierownik B. przebywał z załogą, coraz mniej mając do zaoferowania. Przed kilku dniami i on zniknął, milczą również jego telefony. Chodzą pogłoski, że wyjechał do właściciela po kasę, ale tak naprawdę nikt w to nie wierzy.
    Robotnicy pozostali sami. Przychodzą, choć nie ma szefów, nie ma pracy, a nawet pomieszczenia, w którym mogliby pracować, bowiem Spółdzielnia Transportu Wiejskiego wymówiła niesolidnemu dzierżawcy i zabrała klucze.
    Mówi prezes spółdzielni - Marian Młodziński: "Wydzierżawiliśmy warsztat i pomieszczenia socjalne. Przez miesiąc właściciel się kręcił, później zginął. Nam również nie zapłacił dzierżawy, ok. 2 tys. zł. Z doświadczenia wiem, że trudno je będzie odzyskać. Skoro nie płaci, umowa stała się nieaktualna. Dzwonią do nas z Namysłowa, z firmy budowlanej, bowiem wziął stamtąd jakieś części do naprawy i nie zwrócił ani naprawionych części, ani zaliczki."
    Tymczasem powierzony firmie "Zbych-Bud" sprzęt do naprawy niszczeje umieszczony w pojemniku stojącym na placu przed warsztatem. Mówi się, że łączne straty i należności osiągnęły 20 tys. zł. Do tego trzeba by doliczyć pensje dla wiernej załogi. Pieniądze w umowie były niezłe - 1.200 zł (netto). Kto z bezrobotnych ludzi nie wziąłby takiej oferty? Teraz pozostały niewczesne żale:
    "Miałem złożone papiery w Trasko, dziś pewnie byłbym na kontrakcie w Moskwie - mówi jeden z oszukanych. Ktoś inny zmienił pracę, ale o tyle nie ma czego żałować, bo i tam nie otrzymywał wynagrodzenia, choć praca była. "Tu nie ma ani pracy, ani płacy, ani właściciela" - mówi.
    Pozostali byli bezrobotni, nie mieli nawet prawa do zasiłku. Ofertę urzędu pracy przyjęli jak błogosławieństwo. Dziś nie kryją żalu brakiem zainteresowania PUP ich sytuacją. Dziwią się również, że przychodzili tu kolejni przysłani przez urząd robotnicy, choć oni informowali o zaistniałej sytuacji. Czemu nie sprawdza się wiarygodności pracodawców? - pytają.
    Kierownik PUP - Henryka Lepczyńska wyjaśnia: "Jeżeli pracodawca do nas przychodzi z upoważnieniami, z pieczątką zakładu, nie jesteśmy w stanie sprawdzić jego intencji. Uważamy, że czyni to w dobrej wierze. Rzadko się zdarza, że ktoś przyjeżdża i otwiera zakład pracy. Zapotrzebowanie było na 8 osób, skierowaliśmy tam 6, z których 3 zostały przyjęte. Sytuacja jest skomplikowana, trwa okres zatrudnienia, nikt tej umowy nie rozwiązał. Spróbujemy skontaktować się z właścicielem lub choćby z p. B., który jest przecież z Siedlikowa."
    Trwa stan zawieszenia. "Nie możemy nawet się zwolnić, bo ktoś musi pokwitować nasze wypowiedzenie".
    "Zapożyczyłem się - mówi p. Henryk Wrzesiński - pojechaliśmy do Ostrowa do Inspekcji Pracy. Też nic nie poradzą, obiecali, że w ciągu miesiąca ktoś się tu zjawi. Przedtem byliśmy u p. Ślęzakowej - radcy prawnego. Mówi, by sprawę skierować do sądu. Byliśmy też w ZUS-ie - oczywiście nie jesteśmy opłacani. Również w Urzędzie Skarbowym i w Wydziale Inicjatyw Gospodarczych nic o firmie nie wiedzą."
    Wychodzi na to, że każdy w mieście może otworzyć firmę i prowadzić działalność, nie odprowadzając podatku, składek ZUS-owskich i… nie płacąc pensji. "Bezprawie w państwie prawa" - mówi jeden z rozmówców. "Teraz poszliśmy do Olkiewicza i on wziął sprawę w swoje ręce, czyli policja wykazała zainteresowanie" - dodaje p. Henryk.
    "Znieczulica w tych urzędach" - mówi któryś z zawiedzionych robotników. Równie surowo oceniani są pracodawcy: "Porobili się wielcy kapitaliści - nowobogaccy. Chcą mieć w ciągu roku dom, mercedesa, wczasy na Hawajach…, a robotnikowi marnych groszy nie wypłacą."

    Plany były równie zachęcające jak szyld tkwiący przed zakładem. Pozostały zawiedzione nadzieje i oni - oszukani, wykpieni. Przychodzą, choć nie ma szefów. Przychodzą, choć nie ma pracy. Przychodzą, choć nadzieje na zapłatę są mgliste. Pozostawieni sami sobie, potrzebni tylko do statystycznych procentów, bezrobotni - robotnicy A.D.2003.

K. Juszczak
fot. S. Szmatuła


1994 - 2007 © Borkow